wersja polska english version deutsche Webseite Русская версия

KLUB PODRÓŻNIKÓW

Rejestracja! Dołącz do Klubu!

II rajd kosmiczna WIOSENNA NAWAŁNICA - wyniki i zdjęcia


II edycja naszego klubowego rajdu zgromadziła na starcie 29 zawodników.
Wszystkim dziękujemy za przybycie, włożony wysiłek i wspaniałą atmosferę!

wyniki rajdu - klasyfikacja ogólna
Uczestnik/Zespół Miejsce Nr startowy Czas przejścia Odnalezione PK PK po przekroczeniu
limitu czasu
Maciej Puzik
Sebastian Rożko
 1  6  7:35 10 10 
Piotr Grabaszewski  2  5  7:37 10  10 
Jarosław Grabaszewski  3  9  7:59 10  10 
Tomasz Kowalski  3  14  7:59 10  10 
Krystian Błaszkowski  4  10  8:24 10  10 
Grzegorz Kilar
Robert Waś
 5  2  8:37 10 
Marta Olczak
Dominika Relska
Magda Wieczorek
Izabela Wysocka
 6  13  8:46 10 
Aleksander Doba
Joanna Urban
 7  4  8:40
Natalia Mikulska
Barbara Szczerbińska
 8  7  8:41
Paweł Krzewicki  9  3  9:33 10 
Dawid Lewandowski
Piotr Lewandowski
Magdalena Sokołowska
Krzysztof Sokołowski
 10  8  7:35
Anna Spiegiewicz
Mateusz Pieniek
Marcin Gradowski
 11  1  8:40
Magdalena Drobik
Katarzyna Kaczmarek
Magdalena Rączka
   11   5  
Dominik Smólski
Katarzyna Smólska
   12   4  


                                                 RELACJE Z RAJDU ::

    Okolice Kalisza Pomorskiego, małego miasteczka na trasie między Wałczem a Stargardem Szczecińskim, były w sobotę 8 maja 2010 r. areną II Rajdu na Orientację „Wiosenna Nawałnica”. Ubiegłoroczna edycja za bazę miała Tuczno. Po obejrzeniu relacji na stronach internetowych z pierwszej edycji oraz zapoznaniu się z regulaminem imprezy stwierdziłem, że jest to impreza nietuzinkowa i nie miałem wątpliwości, że warto tłuc się taki kawał drogi.
    W imprezie startuję solo, gdyż Zbyszek z Koszalina, mój partner na tego typu imprezach, przeszedł tydzień wcześniej 100 km w ramach rajdu po Górach Świętokrzyskich uzyskując tytuł „Świętokrzyskiego Twardziela”. Na szczęście „Wiosenna Nawałnica” to rajd na orientację, który rozgrywany jest w ciągu dnia, bo na imprezie nocnej wskazany jest start w zespole, gdyż często czuje się potrzebę skonsultowania z kimś wariantu przejścia, a i poszukiwanie punktu w dwie czy trzy osoby jest bardziej efektywne.
    Jest sobotni pogodny, nieco rześki, poranek. Na miejsce startu, boisko przy miejscowym Liceum Ogólnokształcącym, docieram na ponad godzinę przed odprawą techniczną. Czas oczekiwania skracamy sobie na rozmowach. Powoli zjeżdżają się uczestnicy. Jest trochę znajomych twarzy z innych imprez na orientację. Są głównie uczestnicy o rodowodzie turystycznym, ale są też „sportowcy” (pokonujący trasę biegiem). Dominują uczestnicy z województwa zachodniopomorskiego, ale są też reprezentanci województw ościennych. Spotykam Wojtka Wieczorka, organizatora „Jesiennych Trudów”, które odbywają się we wrześniu w okolicach Stargardu. Nie będzie startował w rajdzie, przyjechał tu jako osoba towarzysząca. Jest miło, niemal rodzinnie.
    O 10.30 rozpoczyna się odprawa techniczna. Jurek Arsoba, główny organizator imprezy, przekazał najważniejsze informacje dotyczące rajdu. Trasa ma ok. 32 km, limit czasu wynosi 8 godzin, do zaliczenia jest 10 punktów kontrolnych, meta jest w świetlicy wiejskiej w Starej Studnicy. Po drodze jest miejsce, gdzie można skorzystać ze stop-czasu i gdzie będzie serwowana grochówka. Przy losowaniu kolejności startu mam pecha, zaczynam jako ostatni, czternasty zespół. Nie lubię czekać na start. W końcu ok. 11.50 przychodzi kolej na mnie. Dostaję mapę w skali zbliżonej do 1:40000 i ostatnie instrukcje.
    Motywem przewodnim tegorocznej edycji są „obcy”, albowiem impreza ma w nazwie przymiotnik „kosmiczna”. Znajduje to odzwierciedlenie nie tylko w opisie punktów kontrolnych. Na mapie są zaznaczone trzy obszary, na których występuje wysokie prawdopodobieństwo operowania „obcych”. Na tych obszarach uczestnicy mogą zostać przez „obcych” ostrzelani, a schwytanie przez nich równa się punktom karnym. Kolejność zaliczania punktów kontrolnych niby dowolna, ale narzuca się sama.
    Ruszam w kierunku PK1. Według opisu jest to „zachodni brzeg opuszczonej bazy lotów międzyplanetarnych”. Na mapie jest to niewielkie zagłębienie terenu, prawdopodobnie po eksploatacji kruszywa. Kiedy docieram w okolice punktu spotykam kilka ekip, które wystartowały przede mną, czeszących teren. Razem ze mną jest tu na moje oko 6-7 drużyn, w sumie kilkanaście osób. Punktu jak nie było, tak nie ma. Nabieram pewności, że punktu w miejscu, gdzie jest on zaznaczony na mapie, nie ma. Dzwonię do Jurka, żeby poinformować o sytuacji z sugestią, że lampion musiał zostać przez kogoś zabrany. Jurek daje mi wskazówki, gdzie lampion jest ustawiony. Kilkanaście par oczu jest skupionych na mnie i wszyscy ruszają tyralierą w kierunku, w jakim ja poinstruowany przez Jurka się zwracam. W końcu ktoś odnajduje punkt na skraju dużego wyrobiska po kopalni piasku lub żwiru, które jest znacznie młodsze aniżeli aktualność mapy. Na moje punkt jest postawiony sporo od miejsca, które oznaczone jest na mapie kropeczką, wręcz poza kilkumilimetrowej średnicy kółkiem, którego środek oznacza lokalizację punktu kontrolnego. „Jak tak dalej pójdzie, to będzie niezła jazda” – myślę sobie, obawiając się, że pozostałe punkty przyjdzie odnajdywać podobnie ciężko. Na szczęście to była jedyna wpadka budowniczego trasy, pozostałe punkty były OK.
    Po spisaniu kodu z lampionu czas na PK2 – „teleporter drzew”. Na oko przelot do dwójki prosty. I owszem, ale samo znalezienie punktu sprawia mi niejakie problemy. W końcu dzięki czteroosobowej żeńskiej drużynie, która wybrała ten sam co ja wariant przejścia z PK1 na PK2, mam punkt. Rzeczywiście, na nieznanego dla mnie przeznaczenia niewielkiej budowli z czerwonej cegły rosła kilkuletnia sosenka, jakby chciała unieść się w zaświaty („teleporter drzew”).
    Teraz kolejny punkt. Między PK2 a PK3 znajduje się na mapie jeden z trzech obszarów, na którym mogą operować „obcy”. Z uwagi na chęć ominięcia tego obszaru bardziej solidny wariant przejścia w miarę dobrą drogą („południowy”) porzucam na rzecz wariantu „północnego”, który omija obszar z „obcymi”. Początkowo idąc polem lub jego skrajem, a potem przez las dochodzę do wsi Biały Zdrój. To na jej obrzeżach ulokowany jest PK3 – „pomnik upamiętniający zwycięstwo nad rybopodobnymi najeźdźcami z galaktyki pomostowej”. Aby dojść do punktu trzeba przejść przez całą wieś. W końcu dochodzę do jeziora i na lewo od pomostu, zawieszony na drzewie jest punkt.
    Przede mną przelot na PK4 i oczywisty wariant przejścia. Tyle, że po drodze drugi obszar gdzie „obcy” mogą polować na ziemian. Postanawiam pójść bokiem, nieco dłuższym wariantem, by zmniejszyć prawdopodobieństwo spotkania trzeciego stopnia. PK 4 opisany został słowami „tak obcy równali z ziemią wszystko na opanowanych terenach”. Bez przeszkód docieram do nieczynnej linii kolejowej i resztek po stacji Biały Zdrój Północny.
    Dziurkaczem podbijam kartę startową i uderzam na PK5 – „tajna baza obcych z planety Pig, założona w 1926 roku, służąca do przeprowadzania doświadczeń hodowlanych na Ziemianach”. Środek kółka na mapie jest centralnie na zabudowaniach. Gospodarstwo widać z daleka, widać też ekipy, które poszukują punktu wokół budynków. Na podejściu mijam innych, którzy punkt już podbili. Namierzenie lampionu sprawia mi niemałe problemy, obchodzę zabudowania i ich najbliższe sąsiedztwo. Niektórzy uczestnicy, którzy docierają w okolice piątki po mnie, wchodzą na podwórze. Okazuje się, że gospodarstwo jest opuszczone. Okazuje się też, że każde słowo z opisu na mapie ma znaczenie. Udaje mi się znaleźć punkt w budynku gospodarczym na drzwiach stanowiących przejście z chlewni do obory. W opisie na mapie było napisane coś o „planecie Pig”. To była podpowiedź, ale przekonuję się o tym poniewczasie. Połowa punktów kontrolnych (5 z 10) więc zaliczona.
    Po drodze na PK6 jest jeszcze punkt ze stop-czasem. Łapię kontakt wzrokowy z Basią i Natalią, z którymi ścigałem się na trasie TP30 na ubiegłorocznych „Jesiennych Trudach”, nie mogę ich jednak dogonić. Spotykamy się dopiero na punkcie żywieniowym, gdzie organizator serwuje zasłużoną grochówkę. Pobytu na „stop-czasie” nie chcę jednak przedłużać (choć można tu spędzić 70 minut), by końcówki trasy nie pokonywać po zmroku. Po dwudziestu minutach ruszam dalej.
    Dalej postanawiamy iść razem z Basią i Natalią. Między nami a PK6 („radiolatarnia przy miejscu nieudanego lądowania obcych z systemu 4gum”) trzeci i ostatni już obszar operowania „obcych”. Zamiast oczywistego wybieramy wariant bokami. Dochodząc do drogi głównej, skąd już tylko żabi skok do punktu, słyszymy ryk silnika pojazdu „obcych”. Są blisko. Na szczęście będąc pod osłoną drzew jesteśmy bezpieczni, ich pojazd oddala się. Zaczynamy namierzać punkt, dołącza do nas jeszcze jedna ekipa. Niestety nie jest tak prosto. Postanawiamy zapuścić się na cypel i jest - dostrzegam lampion na ambonie myśliwskiej. To ta radiolatarnia. Po podbiciu karty dostrzegam porzucone w lesie cztery opony. To te „4 gumy” z opisu na mapie.
    W obawie przed wpadnięciem w szpony obcych, którzy dopiero co odjechali, ale w każdej chwili mogą wrócić, wybieramy z Basią i Natalią bezpieczniejszy, ale dłuższy wariant przelotu na PK7 („drzewko nad parkingiem poduszkowca Diuny”). Docieramy do zabudowań osady Wierzchucin i przy niewielkim wyrobisku po wydobywaniu kruszywa na sosence znajduję punkt. Po jego zaliczeniu Basia z Natalią podejmują decyzję o odpuszczeniu PK8, co pozwoli im zaoszczędzić trochę czasu. Nie dziwię się im, wystartowały sporo minut przede mną. Oceniam dystans, jaki mi pozostał do przejścia i patrzę na zegarek. Jest tak na styk, ale postanawiam spróbować zaliczyć wszystkie punkty kontrolne.
    Dziękujemy sobie z dziewczynami za wspólne kilometry i rozchodzimy się, ja idę na PK8 („stacja pomp systemu chłodzenia wodą podziemnego reaktora atomowego Poźrzadło 17”), one od razu na PK9.  Po ok. 1 km okazuje się, że droga, która jest na mapie jest zaorana. Trzeba więc nadłożyć, nie ryzykuję eksponowanego przejścia po polu, nie chcąc narażać się na szarżę rozwścieczonego rolnika. Okrężną drogą bez problemu trafiam na punkt, podbijam kartę i bez niepotrzebnej zwłoki obmyślam wariant przejścia na PK9 o zagadkowym opisie „E.T. go home ...”. Na mapie środek kółka znajduje się na szczycie Bądzkiej Góry. Cały czas kontroluję czas i widzę, że jestem na styk. Końcówka na dojściu na punkt to dwie niespodzianki. Pierwsza, to że ostatnie 500 metrów pokonuję asfaltem (na mapie zdecydowanie droga gruntowa), druga – góra porośnięta jest drzewami (z mapy wynika, że powinno to być „gołe” pole). Dochodzę do miejsca skąd wg mnie należy namierzać się z drogi na punkt. Z drogi idąc granicą pola i zadrzewień odliczam osiemdziesiąt parokroków, następnie skręcam pod kątem prostym w prawo. Kierując się rzeźbą terenu dochodzę na szczyt, gdzie był powieszony lampion. W sumie ok. 30 metrów od ściany zadrzewień.
    Teraz bez marudzenia na PK10 („zakleszczony poległy avatar obcego z planety Tree”). W związku z tym, że czas ucieka decyduję się na bardziej ryzykowny, ale krótszy wariant. Wchodzę w zadrzewienia otaczające dwa jeziorka, między którymi powinien znajdować się punkt. Idąc wzdłuż brzegu jednego z nich dochodzę na przesmyk i bez problemu namierzam punkt, który znajduje się przy zwalonym drzewie („poległy avatar obcego z planety Tree”, niezła podpowiedź).
    Teraz szybko na metę, bo czasu do limitu zostało niewiele. Wybierając wariant na azymut podążam przez odłogowane pole w kierunku zabudowań wsi Stara Studnica. W końcu wychodzę na szosę w okolicach przystanku PKS, gdzie trafiam na komitet powitalny złożony z miejscowej dzieciarni. Trasę z przystanku do świetlicy wiejskiej, gdzie jest meta już znam, bo pokonałem ją rano w odwrotnym kierunku w drodze do Kalisza. Już wiem, że powinienem zdążyć. W towarzystwie komitetu powitalnego dochodzę do świetlicy wiejskiej i oddaję kartę startową. Czas 7.59. To się nazywa precyzja. Udało mi się zmieścić w limicie dzięki perfekcyjnemu namierzeniu ostatnich dwóch punktów kontrolnych.
    Z relacji innych uczestników wynika, że niektórzy z PK9 i PK10 mieli niemałe problemy. Na mecie rozglądam się za Basią i Natalią, nie widzę ich. W końcu docierają na metę. I ja, i one dziwimy się, że mi udało się dotrzeć przed nimi mimo, że one odpuściły PK8. Dziewczyny miały problemy z namierzeniem ostatnich dwóch punktów.
    Korzystam z tego, że warunki w bazie są bardziej niż przyzwoite i biorę prysznic, co po całym dniu zmagań z trasą jest dla mnie ważne i oczekując na ogłoszenie wyników siadam przy ognisku i pałaszujękilka kiełbasek. Pycha. Ogłoszenie wyników trochę się przeciąga, jednak czas upływa w miłej atmosferze, wśród ciągłych żartów. W końcu doczekaliśmy się. Jury orzekło, że zająłem ex equo trzecie miejsce. Nie liczyłem na miejsce na pudle (zakładałem jedynie przejście trasy w limicie czasu i zaliczenie wszystkich punktów kontrolnych), a tu taka niespodzianka. Obdarowany licznymi gadżetami wsiadam do samochodu i wracam do Bydgoszczy. Większość uczestników w szampańskich humorach postanowiła posiedzieć jeszcze przy ognisku i zanocować w Starej Studnicy.
    Ja po północy docieram do domu z mocnym postanowieniem wzięcia udziału w przyszłorocznej edycji „Wiosennej Nawałnicy”. Przeczucie mnie nie zawiodło, impreza warta jest, by dla niej pokonać półtorej setki kilometrów. Do zobaczenia za rok w gościnnym Kaliszu Pomorskim.
.........................................................................Tomek Kowalski



A może tak nietypowo od końca tym razem, żeby rozładować napięcie...

Co do naszego stanu na mecie, powiem krótko – gdyby był tam lekarz z aparaturą do EKG z pewnością stwierdziłby stan przedzawałowy. Ciemno przed oczami, oddech mający niewiele wspólnego z regularnością, no i odrętwienie wszystkich kończyn. Tylko informacja o tym, że chwilowo jesteśmy na prowadzeniu spowodowała, że razem z Miodkiem zawróciliśmy z tunelu, z jakimś białym światełkiem na końcu i postanowiliśmy poczekać na oficjalne wyniki.

Kilka minut wcześniej błądziliśmy pomiędzy bagnami a jeziorkiem, gdzieś, gdzie miał znajdować się ostatni punkt kontrolny. To tam spotkaliśmy naszego najgroźniejszego rywala, z którym już kilkukrotnie tasowaliśmy się miejscami na podium. Podobnie jak my, Piotr również utknął w poszukiwaniu awatara. Kilkuminutowe poszukiwania nie przyniosły efektu stąd decyzja, że może jednak obok jest jeszcze jedno jeziorko. Strzał w 10! Faktycznie było, podobnie jak i ostatni pkt. kontrolny. Do mety pozostało niespełna 2 km. Trochę wspólnych narzekań na stan naszej kondycji i razem z Miodkiem, w towarzystwie Piotra wspięliśmy się po wysokiej skarpie, z wysokości której zobaczyliśmy dachy domostw Starej Studnicy, gdzie organizatorzy w ekskluzywnej świetlicy wiejskiej czekali sobie wygodnie na desperatów, którzy nie mają lepszych pomysłów na spędzenie soboty. Początkowo wspólnie powłóczyliśmy nogami w kierunku mety. Dla nas, znaczy mnie i Miodka, była to dobra wiadomość, bowiem Piotr wystartował 5 minut przed nami, więc tyle mieliśmy nad nim przewagi. Kiedy jednak, po 200 metrach nasz rywal postanowił podkręcić tempo i ruszył ku Starej Studnicy truchtem, coś w nas początkowo pękło. Borykaliśmy się z myślami, czy jest w stanie na 2 km przed metą odrobić stratę 5 minut. To była trudna decyzja, jakkolwiek postanowiliśmy po raz ostatni wykrzesać ostatnie zapasy sił i ruszyć truchtem za nim. Pierwsze dwa zrywy naszego biegu skończyły się po kilku metrach. Skurcze, które dopadły przede wszystkim mnie, nie pozwalały kontynuować wyścigu, na szczęście obok Miodek z ciągłą wiarą w zwycięstwo nie pozwalał odpuszczać. W końcu udało się złapać rytm i na prostą prowadzącą bezpośrednio do mety wpadliśmy już niezłym tempem. Jeszcze tylko szybciutkie przywitanie z naszym największym rajdowym wsparciem, czyli Asią i Pilotką i pędziliśmy schodami świetlicy aby oddać karty startowe.

Co do przedostatniego punktu, który Jurek musiał oczywiście umiejscowić na najwyższym wzniesieniu w okolicy, powiem tyle - to było jedyne miejsce, w którym mieliśmy ochotę odpuścić i iść dalej. Wzgórze, na którego środku znajdował się punkt kontrolny okrążyliśmy dobre kilka razy. W końcu gdzieś z oddali usłyszałem radosne wołanie Miodka, znaczy się chyba znalazł. Nie myliłem się. Po podbiciu karty wyszliśmy na skraj wzniesienia i naszym oczom ukazał się Piotr, któremu po raz kolejny z łatwością przyszło wyprzedzenie nas. Morale siadło, ale świadomość, że do mety pozostało tylko parę kilometrów kazała zacisnąć ząbki i cisnąć dalej.

Punkt kontrolny nr 8 przy punkcie czerpania wody nie był skomplikowany, po za tym, że nagle zamiast drogi, która znajdowała się na mapie, naszym oczom ukazało się elegancko zagospodarowane pole, którego przedsiębiorczy i złośliwy gospodarz, wiedząc pewnie, że kilka lat później grupa zapaleńców będzie chciała tędy przejść, po prostu zaorał drogę. Oczywiście nie była to żadna przeszkoda dla wspomnianej grupy zapaleńców, z których większość, podobnie jak my ruszyła przez środek tej otwartej przestrzeni w poszukiwaniu własnego przeznaczenia, a raczej punktu czerpania wody. To na tym punkcie kontrolnym, znów spotkaliśmy się z Piotrem, który mimo sporej straty na poprzednim etapie, znów nas dogonił.

Po wyczerpującej, aczkolwiek wyjątkowo nierównej choć zwycięskiej walce z obcymi, ruszyliśmy w poszukiwaniu punktu kontrolnego nr 7, którym miał być parking dla poduszkowca Diuny. Po emocjach, które spotkały nas na poprzednim etapie drogi ten fragment trasy przebiegał w miłej atmosferze, przyjaznej ziemianom. Parking okazał się dużej wielkości wykopem w ziemi, na skraju którego pod niewielkim drzewkiem znajdował się nasz cel. Po podbiciu karty ruszyliśmy w kierunku kolejnego pkt. kiedy, wchodząc na skraj drogi zobaczyliśmy z oddali Piotra, który mimo przewagi uzyskanej na poprzednim punkcie, tym razem miał trudności z lokalizacją parkingu dla poduszkowca Diuny. Wtedy chyba po raz pierwszy dotarła do nas świadomość, że podium jest co raz bardziej realne. Raźnie ruszyliśmy do przodu.

Duża polana, wokół pełno drzew. Po przeciwnej stronie, na jej skraju ambona leśna. A za nią, gdzieś tam w oddali nasz cel. Szósty punkt kontrolny, pierwszy po opuszczeniu punktu STOP. Nie ma co się długo zastanawiać, ruszamy z ułańską fantazją przez środek polany, co by trasy nie nadrabiać. Kilkadziesiąt metrów od ambony zatrzymujemy się, szybkie spojrzenie na mapę i nagle rozlegają się 3-4 głuche dźwięki. Miodek zorientował się pierwszy – Strzelają! Błyskawiczny obrót na pięcie, ostatni rzut oka na kulki paintballowe spadające 2 metry od nas i nura do lasu, między drzewa. Krótka narada – co robić? Teren obcych, punkt niedaleko, ale głupio załapać punkty karne. Decyzja obchodzimy ich z prawej strony. Praktycznie na palcach, zatrzymując się co kilka kroków i nasłuchując, czy gdzieś w pobliżu nie ma obcych, zbliżamy się metr po metrze do celu. Chwilę później spotykamy Piotra, który wyruszył z punktu STOP kilka chwil przed nami. W trójkę raźniej. Zbliżamy się do wozu obcych, zaparkowanego przy ścieżce. W jego wnętrzu czai się bestia, zdradzająca głośnym szczekaniem naszą obecność. Nic to, idziemy dalej. Po kilku metrach znów dobiegają nas odgłosy strzałów. Mimo to, skrajem lasu, tuż przy bagnistej łące zbliżamy się do celu. Tym razem to Piotr wziął na siebie ciężar odpowiedzialności i pierwszy podszedł do ambony, na której widniał punkt kontrolny. Chwile po nim  jesteśmy i my. Chowając kartę startową do koszulki w naszym kierunku znów lecą strzały. Nie zastanawiając się długo biegiem opuszczamy terytorium obcych. Piotr machnął nam tylko plecakiem i ostrym tempem ruszył w dalsza trasę, a my swoim, powolnym idziemy dalej…

Ostatni punkt przed postojem, okazał się wyjątkowo uroczym, opustoszałym gospodarstwem, do którego wstępu z każdej strony broniło ogrodzenie. Był jednak jeden wyjątek, dziura w ścianie prowadząca do starej chlewni, gdzie spokojnie na drzwiach wisiał sobie punkt kontrolny. Tuż przed dotarciem do gospodarstwa spotkaliśmy dzielną ekipę z Myśliborza, która po zaliczeniu punktu, sobie tylko wiadomym sposobem, zdecydowała w dalszą trasę ruszyć, w przeciwnym niż my kierunku. My zaś po chwili zwątpienia postanowiliśmy robić swoje i po około 200 metrach dotarliśmy do rozwidlenia dróg, przy którym stał sobie samotnie drogowskaz wskazujący Giżyno 4km, a to oznaczało, że jesteśmy na właściwej drodze do punktu STOP.

Czwarty punkt na naszej trasie znajdował się w samym centrum działań zbrojnych formacji obcych. Przynajmniej tak informowała nas mapa. Jako, że pierwsze przetarcie mieliśmy już za sobą, tym razem postanowiliśmy rzucić wszystko na szale i zaryzykować maszerując środkiem terenów, na których w każdej chwili mogliśmy dostać się pod ostrzał zbrojnych formacji. Wkrótce okazało się, że nie tylko my mamy źle poukładane w głowach, bowiem tą samą trasę obrała sobie również ekipa, w skład której wszedł Olek i Asia. Narzucając tempo i wcielając się w postać zajęcy ruszyliśmy własnym tempem do przodu. Wkrótce okazało się, że wybór trasy okazał się dobrą decyzją, ponieważ po obcych zostały tylko ruiny przy torach, w których ukryty był kolejny punkt kontrolny. Zadowoleni z siebie ruszyliśmy na spotkanie z punktem kontrolnym nr 5.

Kierując się na trzeci punkt kontrolny po raz pierwszy mieliśmy przejść terenami należącymi do obcych. Długo zastanawialiśmy się, czy nie nadłożyć drogi i nie ruszyć bezpiecznym obszarem, jednak tradycyjnie zdrowy rozsądek przegrał z chęcią doświadczenia nowych przygód. Malownicze tereny wiodące wzdłuż torów kolejowych, mogące służyć za doskonałe miejsce na przygotowanie zasadzki, pokonaliśmy w ostrożnym tempie, mając bez przerwy oczy dookoła głowy. Na szczęście włos nam z niej nawet nie spadł i wkrótce dotarliśmy na drogę prowadzącą do Białego Zdroju, miejscowości z punktem kontrolnym nr 3. Już w samej wiosce trafiliśmy na ekipę, która jako pierwsza ruszyła na trasę rajdu. Mając świadomość dobrego czasu, jaki do tej pory osiągnęliśmy postanowiliśmy jeszcze bardziej przyspieszyć. Nad malowniczym jeziorem, przy pomoście obok którego znalazł się pkt. kontrolny, spotkaliśmy Olka i Asię. Krótka wymiana uwag, oni ruszyli, a my postanowiliśmy zrobić przerwę na posiłek. Po kilku minutach idziemy dalej.

Punkt numer 2, to była pestka. Okazało się, że skręcając w odpowiednim miejscu w las, zaoszczędziliśmy kilka cennych minut i metrów i praktycznie zanim zdążyliśmy schować kartę startową, już wyciągaliśmy ją po raz drugi. Na pkt. kontrolny dotarliśmy zaraz po zawodniku startującym z numer 3. My ruszyliśmy dalej wzdłuż torów, kierując się na tereny zajęte przez obcych, zawodnik nr 3 postanowił zrobić sobie przerwę.

Pierwszy punkt i pierwsza wtopa. Blisko 10 minut straciliśmy na bezskuteczne poszukiwanie punktu kontrolnego w miejscu, które wskazywała mapa. Dopiero wtedy zorientowaliśmy się, że kilkadziesiąt metrów dalej, na wzniesieniu, nad potężnym miejscem wykopów, do jednego ze słupków ostrzegawczych przyczepiony wisi sobie pkt. kontrolny nr 1. Źli na siebie, jeszcze bardziej na Jurka docieramy do punktu, podbijamy i lecimy dalej. Od tej pory nie ma miejsca na pomyłki.

Wystartowaliśmy z numerem 6, była godzina 11.09. Cieszyliśmy się, że na start nie trzeba było długo czekać, bowiem emocje sięgały zenitu, co najlepiej potwierdzić mogą towarzyszące nam Asia i Pilotka. Po szybkim zapoznaniu się z mapą, pamiątkowym zdjęciu z obcymi, którzy mieli na nas kilka godzin później polować, ruszyliśmy raźno na trasę II edycji Wiosennej Nawałnicy. Marząc o pierwsze piątce, pełni zapału i nadziei.

No i to byłoby chyba na tyle, jeśli chodzi o rajd - jeszcze raz wielkie dzięki organizatorom, uczestnikom, obcym i całej ekipie zaangażowanej w przygotowania tej kosmicznej imprezy. Wielki szacun dla Dominika i rodziny, no i pozdrowienia dla wszystkich, z którymi mogliśmy spędzić ten sobotni dzień.
.........................................................................Maciek i Sebastian
 

    Po pierwszej edycji Wiosennej Nawałnicy organizowanej przez Arsoba Travel z niecierpliwością oczekiwałem na kolejną edycję. Wcześniej brałem udział w różnych rajdach i marszach na orientację ale Nawałnica zaskakiwała nowością i innym podejściem organizatorów do zabawy z mapą w terenie.  Szczególnie do gusty  przypadł mi ten motyw survivalowy - militarny. Od wczesnej wiosny z niecierpliwością oczekiwałem na jakąś informacje o kolejnej edycji. Aż w końcu jest . II edycja jest 8 maja  w Kaliszu Pomorskim. Telefon do brata Jarka i tylko jedno pytanie : pamiętasz nasz start w zeszłym roku w Wiosennej Nawałnicy" - pamiętam, "a jedziesz na drugą edycję w tym roku?" - jasne. No i było postanowione. Na rzucone po okolicy hasło kto chce pojechać na fajną imprezę typu INO odpowiedział tylko jeden harcerz Krystian i w tym składzie wybraliśmy się na II edycję Nawałnicy do Kalisza Pomorskiego. Na parkingu przy ORLIKU spotykamy organizatorów tj Jurka i Piotrka, których pamiętałem z poprzedniej edycji. Spore wrażenie zrobili na mnie OBCY w stosownym stroju. Na miejscu zapisy, krótka odprawa techniczna i oczekiwanie na start. Przed startem pamiątkowa sesja zdjęciowa z Kosmitami i w drogę.
    PK nr 1 ( 20)na mapie prościzna. Żwawym tempem maszerując dochodzę do miejsca , gdzie do drogi dochodzą tory. Z tym miejscu szybka analiza sytuacji, czy bardziej opłaca się iść na azymut przez jakieś wzniesienie czy nadkładać drogi i punkt namierzać od zachodu. Suma sumarów forsuje to wzniesienie gdzie chciałem szybko odnaleźć "zachodni brzeg opuszczonej bazy lotów...". Skojarzenie z nazwą punktu skierowało mnie do ogrodzenia jednej z wież. Jednak to nie było to. Przez głowę przeleciała myśl- oj coś kiepsko zaczynam, weź się w garść bo nic dziś nie znajdziesz. Patrząc jak w pobliżu krząta się grupka innych piechurów jeszcze raz analizuje sytuację. Wg obliczeń jestem za daleko na S od drogi. Więc wracam i ku wielkiej radości z daleka widzę jak ze skarpy przy wyrobisku żwiru śmieje się do mnie lampion. Więc jestem w domu. Szybkie potwierdzenie zdobycia PK i w drogę. Idąc lasem zauważyłem maszerujących od S dwóch piechurów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem , że to właśnie z nimi przyjdzie mi konkurować o zwycięstwo.
    PK nr 2 ( 30) - teleporter drzew. Qrcze o co Jurkowi mogło chodzić? Dojście do okolic tego punktu było proste. Będąc w okolicy skrzyżowania drogi z torami udałem się na W i po chwili potwierdzałem odnalezienie PK.
    PK nr 3 (11) temat tego PK to moja specjalność -" pomnik zwycięstwa na rybopodobnymi....". Szybka analiza sytuacji. Po ubiegłorocznych ucieczkach przed partyzantami, postanowiłem nie wchodzić im powtórnie w drogę. Wybrałem wariant N. Choć przejście torami było kuszące wolałem przejść linią oddziałową biegnącą przez cały las aż w okolice m. Biały Zdrój, gdzie był usytuowany PK. Po namierzeniu początku linii oddziałowej, dokładne liczenie kolejnych przecinek i powinienem być w domu. Kiedy byłem w okolicy bagienka jakieś 100 m przed końcem lasu sielanka zmienia się w koszmar. Wg mapy las powinien się kończyć, powinienem zobaczyć otwartą przestrzeń i pierwsze budynki a tu masz dalej las. Mało tego wszystkie znajdujące się tu drogi ni jak nie dało się dopasować do mapy. Próbowałem nawet tak na siłę coś dopasować ale i tak mi to nie pasowało. Cóż było robić. Próbowałem iść kilkoma dróżkami, pamiętając o tym aby pilnować kierunku na E. Kiedy drogi mi nie pasowały nie było rady, trzeba iść na azymut, a raczej chybił - trafił. Moja pewność co do tego gdzie jestem gwałtownie malała. W końcu jest jakieś poletko, za nim łączka a na niej jakiś rolnik. Pomyślałem aby go spytać o nazwę miejscowości - bo zwątpiłem w swoje umiejętności nawigacyjne i nie wierzyłem , że widniejąca wieża kościelna to ta z kościoła w Białym Zdroju. Kiedy jednak zobaczyłem od S jakieś bajorko a za min jakąś drogę, moja wiara i nadzieja szybko wróciły do normalnego wysokiego poziomu. Kiedy nadzieje odżyły, rzeczywistość w terenie zgadzała się z mapa , pobiegłem do miejscowości a tam zacząłem szukać dogodnego dojścia do punktu kontrolnego. PK namierzony szybciutko, tylko jak go wydobyć z tej dziupli. Jestem wysoki ale w tym przypadku nieco mi brakowało ;)  . Ok Pk potwierdzony i lecimy dalej.
    PK nr 4 ( 12) - nazwa punktu wskazuje na jakieś ruiny. Ponieważ prawie cała droga do tego Pk biegła przez pole działania partyzantów postanowiłem punkt zaatakować wariantem E. Najpierw na azymut kierowałem się na róg lasu na N od wsi aż do drogi na skraju pola działania obcych.. Potem poszedłem 3-cią  przecinką od tej drogi. Będąc czujnym jak ważka nasłuchiwałem odgłosów obecności obcych. Było cicho a moja wyobraźnia działała na najwyższych obrotach. Będąc nawet ok 150 m od PK skradałem się do niego przez chaszcze, bo byłem przekonany , że obcy czekają przy samym PK. Logika wskazywała, że taka obecność obcych na samym Pk jest NOT FAIR , ale jeżeli dla każdego uczestnika to Ok. Kiedy wyszedłem z chaszczy na tory ujrzałem jak wielką siłą dysponują OBCY. Przystanek PKP na jakim się znalazłem , oni chwile temu zrównali   z ziemią. Ucieszony , że nie wpadłem im w łapy szybko potwierdzam swą obecność na PK i wio dalej w drogę, byle dalej od obcych. Przez głowę przeleciała mi dziwna myśl, to już 4 ty PK a gdzie inni uczestnicy, nikogo nie widziałem od wejścia w las przed PK nr 2. Pewnie już przeszli a ja będę ich gonił. Oby mi tylko czasy wystarczyło. I w tym miejscu znowu włączyła się wyobraźnia. W ubiegłym roku ostatnie 2 godziny marszu pokonywałem bez wody a na metę wpadłem w ostatniej minucie czasu podstawowego. Oby to sie nie powtórzyło.
    PK nr 5 (13) tajna baza obcych z planety PIG. Ponieważ czarne myśli dotyczące braku czasu mnie nie omijały dalszą drogę postanowiłem przebiec przez sam środek działania Obcych. Zmysły wyostrzyłem i naprzód. Kiedy dobiegałem do końca pola działania obcych nagle w młodniku usłyszałem jakieś trzaski. O qrcze obcy - przeleciało mi przez głowę. Tanio im skóry nie oddam. W nogi, jak chcą niech mnie złapią. W końcu do końca ich pola działania tylko 150 m. A jak oni są dobrymi taktykami i się rozdzielili. Ci z tyłu mieli mnie pewnie nastraszyć abym mniej czujnie poszedł do przodu i ciesząc się , że im uciekłem, a tu bęc komitet powitalny drugiej grupki. Na szczęcie to tylko scenariusz z filmów przyrodniczych National Geographic i nikt się nie pojawił. Po dotarciu do szosy odetchnąłem. Patrząc na żwirku przy samej szosie nie widziałem świeżych śladów obecności innych uczestników Nawałnicy- dalej sam jak palec. Dochodząc do bazy obcych z planety Pig, stwierdziłem, że ta posesja jest niezamieszkana. Intuicja podpowiadała mi , że szukać powinienem w chlewni. Przeczucie mnie nie myliło. Potwierdzając ten PK , sprawdziłem , nikogo nie było przede mną.
    PK nr 6 stop czas.. Wybierając wariant dojścia do tego Pk nie wziąłem pod uwagę drogi którą przyszedłem do Krężna , a która odbijała dalej na NE. Nie wiedzieć czemu uparłem się na przejście przecinką biegnącą na NE od ostatniego punktu. Jednak odnalezienie jej początku było niemiłosiernie ciężkie. Liczne wzniesienia naprzemiennie z dolinami spowodowały, ze zboczyłem z obranego kursu i suma sumarów wylądowałem na kolejnej przecince. Ale jak już się zorientowałem , wprowadziłem poprawki do mojego planu przejścia i wio w drogę. Na PK STOP pojawiłem się jako pierwszy. Szybka decyzja, że nie czekam na gorący posiłek tylko kilka kęsów batonika , kilka łyków napoju i w drogę. Kiedy tak sobie układałem dalszą drogę na następny PK pojawili się Maciej i Sebastian ( ci sami których widziałem przy PK 1). Okazało się , że oni startowali 5 minut po mnie i tyle samo minut po mnie pojawili  się tu. No to mam konkurentów, nie przypuszczałem, że nasze drogi do samego końca rajdu będą się często krzyżowały. Od Jurka dowiedziałem się, że na ognisku niestety nie będzie tych dodatkowych atrakcji, przeniesiono je na metę, postanowiłem popędzić dalej,  mięśnie są rozgrzane a konkurencja posila się. W rozmowie z Jurkiem nieoficjalnie dowiedziałem się, że w poprzednich dwóch polach bytności obcych nikogo nie było, więc byłem pewien na 100 procent , że w drodze do następnego punktu ich spotkam.
    PK nr 7 ( 14) "radiolatarnia z systemu 4gum". Posilony posiłkiem i sportowo podniecony obecnością konkurencji tuż za plecami, pognałem w poszukiwaniu kolejnego PK. Pokonując ten dystans marszobiegiem usłyszałem jak za plecami warknęły maszyny obcych. O qrcze jednak jadą. Będzie zabawa. Rok temu dwa razy na tzw szczupaka wskakiwałem w krzaki aby uniknąć bystrego oka partyzanckiego snajpera w wózku motocyklowym. W tym roku było słychać terenówkę. Jest nieźle. Zacząłem wybierać wariant dojścia do Pk po całkowitych bezdrożach. W okolicy Pk zauważyłem terenówkę – więc będzie zabawa. Punkt ostatecznie namierzałem od NE na granicy bagna i młodnika. Wg obliczeń Pk powinien znajdować się nieco  poniżej terenówki. Niestety skradanie się na kolanach w tym młodniku nic nie dało – Pk nie było. W końcu pełen desperacji wyszedłem na drogę aby poszukać tego PK. Wtedy też po raz kolejny zobaczyłem Sebastiana i Macieja. Chłopaki mają podobny dylemat, wychodzi im , że PK powinien być w pobliżu terenówki ale go nie było. Pełen desperacji postanowiłem poszukać go nieco na W, potem na N. W końcu znalazłem go na ambonie. O swoim znalezisku powiadomiłem towarzyszy poszukiwań. Potwierdzenie pobytu i w drogę.
    PK nr 8 (15) Od ostatniego Pk jedynie słusznym wariantem było przejście na N i odszukanie jednej z dróg leśnych prowadzących na W. Po wykonaniu kilku kroków na północ, rozległa się ostra kanonada snajpera lub snajperów polujących na przybyszy. W pośpiechu razem z chłopakami zrobiliśmy klasyczny odwrót.  Po obejściu dużym łukiem snajperów i pola ich aktywności, przez chwilę maszerowałem z Maćkiem i Sebastianem. Wiedząc, że oni na stop czasie mieli identyczny z moim czas przejścia  1 części trasy a na druga część wyszli po mnie, miałem więc małą stratę do nich. Postanowiłem przyspieszyć kroku. Chłopaków pomału zacząłem gubić ale w głowie pozostawało pytanie jak sobie radzi Jarek. W końcu w ubiegłym roku zrobił najlepszy czas. Gdyby nie to , że dał się złapać partyzantom wygrałby w cuglach. Obawiałem się więc i jego. Po wyjściu z lasu postanowiłem iść uprawą po wyjeżdżonych przez ciągniki, ścieżkach służących do oprysków.
W sumie sprawnie mi to poszło, chłopaków za plecami nie widziałem – jest nieźle. Po minięciu zabudowań z prawej strony odbijam w lewo i tylko wypatrywać drzewa z lampionem. Tu popełniłem błąd który jak się później okazało kosztował mnie utratę prowadzenia. Nie wiedzieć czemu punktu szukałem w miejscu gdzie droga była na wzniesieniu a nie w dolinie. Po prostu rutyna mnie zjadła. Źle spojrzałem na kreski spadu na mapie i potem już tylko brnąłem w tym błędzie. Czas uciekał a ja nic nie mogłem znaleźć. Po około kwadransie bezowocnego krzątania  się w nieodpowiednim miejscu zobaczyłem dobrze mi już znane sylwetki Macieja i Sebastiana oddalające się w kierunku następnego PK. Jeszcze raz przeanalizowałem mapę i zorientowałem się w końcu na właściwe miejsce. Szybkie potwierdzenie obecności i w pogoń za oddalającym się zwycięstwem w Nawałnicy. Goniąc chłopaków w duchu zadawałem sobie pytanie co oni sobie pomyśleli, widząc mnie krzątającego się nie tam gdzie trzeba. Tylko oni znają odpowiedź na to pytanie.
    PK nr 9 (17) W pogoni za chłopakami szybciutko minąłem las. Jednak kiedy na kolejnej z krzyżówek powinienem wejść na  drużkę prowadząca wprost na PK zobaczyłem zaorane pole zdębiałem. Qrcze tak dobrze szło i …........ . Nie rozmyślając wiele postanowiłem wędrować wirtualną droga przez pole. Mimo  ciężkiego podłoża wolałem nie nadrabiać dystansu obchodząc to pole dróżką przez pobliskie gospodarstwo. Przy samym Pk znów ujrzałem znane mi już doskonale sylwetki. Szybkie podbicie Pk i w drogę.
    PK nr nr 10 ( 40) Powrót do krzyżówki, gdzie odbijało się na poprzedni punkt i dróżką na N. Po przejściu ok 150 m okazało się , że droga na mapie przebiega w innym kierunku niż ta  na której stałem. Szukając sposobu nadrobienia nieco straconego czasu w stosunku do Maćka i Sebastiana postanowiłem trochę na chybił trafił iść na azymut i odszukać jakiegoś charakterystycznego miejsca. Kiedy w końcu szlak jaki przemierzałem zaczął się zgadzać mniej więcej z tym co było na mapie nadzieje na odrobienie strat ponownie ożyły. Będąc w okolicy g. Bądzkiej znów starałem się maksymalnie ciąć na azymut. Wchodząc na w/w górę liczyłem na sprawne odnalezienie Pk. Jednak już na szczycie ( tak mi się tylko wydawało) nie mogłem znaleźć lampionu. Aby dokładnie zobaczyć jak układa się spadek terenu położyłem się na ziemi, uwierzcie mi w tym gąszczu młodych sosen nie było innego wyjścia, zobaczyłem , że szczyt jest na samym skraju lasku. Szybkie potwierdzenie swojej obecności i w drogę. Kiedy wychodziłem na pobliską uprawę sadowniczą, za plecami zobaczyłem jakże mi dobrze znane dwie sylwetki. A więc nieco błądząc na początku zdołałem ich wyprzedzić. Ale ile minut po mnie oni wyszli z ogniska? To pytanie kołatało mi się po głowie.
    PK nr 11 (50) Szybka analiza mapy i decyzja, biegnę tym polem aż do załamanie się kierunku napowietrznej linii elektrycznej i odbijam w las wprost na punkcik. Bułka z masłem. Niestety tu zrobiłem kolejny błąd, (wielbłąd). Za szybko zbiegłem do lasu i szukałem pomiędzy nie tymi co trzeba było jeziorkami. Początkowo byłem wręcz pewien , ze dobrze szukam. Po chwili w to samo miejsce dotarli Maciek z Sebastianem. Razem szukaliśmy ukrytego lampionu. Wspólna decyzja – idziemy dalej na N może tam jest jeszcze jedno jeziorko. Tak też było. Zakleszczonego avatara szybko lokalizujemy i w drogę na metę. W linii prostej nieco ponad 2 km do mety a ja razem z chłopakami. Po głowie chodzi pytanie ile minut po mnie oni ruszyli z ogniska. Ale przecież nie zapytam ich wprost. Resztkami zebranych sił zbieram się do truchtu w kierunku mety, może uda się coś jeszcze odrobić. Początkowo chłopaki nie biegną, potem jednak widzę, że i oni wykrzesali jakieś rezerwy energii i podążają biegnąc za mną. Kiedy wbiegłem z pola na drogę asfaltową ostatni raz spojrzałem do tyłu i widziałem ,że chłopaki tanio mi zwycięstwa nie oddadzą. Nie wiedząc ile muszę nad nimi wypracować przewagi biegnę prawie do samej mety. Wg moich przybliżonych obliczeń te 33 km pokonałem w około 7h i trochę ponad 30 minut. Po chwili pojawili się zmęczeni nie mniej niż ja Maciej i Sebastian. Mimo że nie znałem jeszcze oficjalnych wyników pogratulowałem chłopakom zwycięstwa i podziękowałem za rywalizację. Mój cichy faworyt i konkurent zarazem  – brat Jarek dotarł na 3 miejscu. Na mecie żartowałem z nim ,że rok temu byłem trzeci, dziś drugi, więc za rok muszę pojawić się znów a może …........... .
    Po kąpieli, ciepłym posiłku, portugalskim winie przyszła kolej na ognisko i oficjale zakończenie II Wiosennej Nawałnicy. Organizatorzy przygotowali dyplomy i nagrody. Każdy chyba czuł się zwycięzca, pokonując taką „Nawałnicę”.
    Tu trzeba oddać Jurkowi i jego nie wymienionym z imienia współorganizatorom , że potrafią stworzyć niepowtarzalną i wyjątkową w swoim rodzaju atmosferę rajdu i klimat prawdziwej turystycznej biesiady przy ognisku po nim.
    Mam cichą nadzieję, że za rok odbędzie się kolejna edycja Wiosennej Nawałnicy, oraz że będzie mi dane spotkać z Wami wszystkimi drodzy koledzy i koleżanki turyści piechurzy.

....................................................................................................Z turystycznym pozdrowieniem Piotr Grabaszewski