wersja polska english version deutsche Webseite Русская версия

KLUB PODRÓŻNIKÓW

Rejestracja! Dołącz do Klubu!

JAPONIA - egzotyczna i prawie doskonała


    Kolej japońska jest fantastyczna. Komputerowo dokładna, wiadomo w której sekundzie wjedzie na stację i w którym miejscu będą drzwi do konkretnego wagonu. Superszybkie Shinkanseny – tak się nazywają te superekspresy- to lecą niemal jak samolot. W środku lekki szum jeno. Bajka.
    Tokyo i leżąca obok Yokohama tworzą niekończące się miasto, w którym mieszka 30 mln ludzi. Transport tu musi być i jest idealny. Jak z jakiegoś powodu kiedyś stanęła kolejka naziemna na wezłowej-przesiadkowej stacji, to w jej pobliżu zebrał się tłum 1 mln osób...

    A jak tu czysto i bezpiecznie! Jak ktoś kogoś pobije, to jest to takie wydarzenie, że mówią o tym w wiadomościach. A gdy znajomemu Polakowi w Tokyo zniknął rower spod bloku, to była to sensacja na całe osiedle. Bo tu ludzie mają rowery pod domami i rano nimi jadą do kolejki lub metra i tam zostawiają do wieczora, kiedy to powracają ponownie do domów. Jak się przypadkowo wpadnie na Japończyka i poturbuje, to on ukłoni się i przeprosi że żyje. Jesteśmy pod wrażeniem ogromnej kultury, uprzejmości i spokoju Japończykow.

    Wszystko to, co się dzieje w Japonii, podporządkowane jest pracy. Przykładowo – doskonały system transportu w całym kraju funkcjonuje od 5 rano do północy. Komunikacji nocnej poza taksówkami brak... aby Japończyk mógł się wyspać do pracy a nie balować. W środkach transportu – w kolejkach, metrze, spędza się tak dużo czasu, że Japończycy traktują to jak przedłużenie domu. Bez oporów śpią opierając się o współpasażerów, kobiety robią makijaż, po pracy zaś nagminnie czytają książki i komiksy manga. W większości dłoni – wszechobecne telefony komórkowe, na nich pouwieszane liczne maskotki. Japończyk idący ulicą, jadący na rowerze, ze wzrokiem wbitym w komórkę, to rzecz powszednia.

    Wracając z pracy, po wyjściu z kolejki, od stacji rozchodzą się na wszystkie strony dzielnicy wąskie, kolorowe i zatłoczone uliczki, w których co kilka metrów Japończyk napotyka wejście do malutkiego klubu karaoke, do którego może wejść – i wchodzi. My też zaglądaliśmy do takich barów i widzieliśmy podchmielonych, fałszujących śpiewaków, bez skrępowania korzystających z mikrofonu. Tutaj bowiem liczą się chęci i wysiłek a nie talent.

    Maszyny są wszędzie. Np. sprzedają bilety, napoje, zimne lody, gorące zupki, oprogramowanie komputerowe, prezerwatywy, papierosy, itd. Jest tych maszyn w Japonii 4,5 miliona. I wszystkie działają. Wszędzie – na ulicach i chodnikach, stacjach kolejowych, w windach, sklepach, instytucjach są ułatwienia dla niewidomych – specjalne ścieżki, napisy Brailem. Nawet w Muzeum i Galerii Fotografii – wszędzie. Choć przez tydzień ani jednej osoby niewidomej nie zauważyliśmy. Ale to jest. Jak wszystko – logiczne, działające.

    Byliśmy w odległym o 500 km Kyoto na święcie Gion-Matsuri. Podróż Shinkansenem trwała 2 godziny i 50 minut. Tyle samo czasu zajeło nam dotarcie wczesnym rankiem z dzielnicy Tokyo na największy w Tokyo targ rybny. Takiej obfitości i różnorodności ryb i owoców morza nie widzieliśmy dotąd – np. tuńczyki wielkości Japończyka, ćwiartowane przez niego nożem wielkości 2/3 Japończyka.

    Wyspa Hokkaido jest zdecydowanie odmienna od zatłoczonego, pędzącego Tokyo. Tu czas płynie wolniej, spokojniej. Najpierw zobaczyliśmy pola lawendy, słoneczników, maków i innego kwiecia, wespół z turystami wszelakiej maści, jednakowoż japońskiej zwłaszcza, ku nieopisanej naszej radości... potem nastąpiły poszukiwania skutków trzęsień ziemi i erupcji wulkanów, zakończone powodzeniem, takoż wchłanianie wyziewów matki Ziemi w postaci siarkowych wysmrodków na tle różnokolorowych skał – bardzo fotogeniczne.

    Zaznaliśmy gościnności Hokkaidzian – najpierw sympatyczna staruszka na rowerze obdarowała nas melonem... ale jakim!!! miodowym – takiego smaku i soku ściekającego nam po brodach nie znaliśmy dotąd. Rybak, na brzegu Oceanu Spokojnego, zaprosił nas do siebie i poczęstował czymś, czego nie jesteśmy w stanie nazwać i określić... wyglądało to trochę jak ugotowany młody obcy 8-my pasażer Nostromo... smakowało nijako, choć zapewne pełne było pożywnego białka. Zaś w drodze powrotnej, w pociągu, nieznajomy Japończyk przypominający posturą zawodnika sumo, ni stąd ni zowąd poczęstował nas.... ośmioma piwami marki Sapporo Classic, tudzież zakąskami, z których najbardziej tajemnicza przypominała z wyglądu kasztany, pachniała jak podroby nie określonego zwierza, a smakowała słodko jeszcze inaczej... trwoga!!

Prezentacja została zestawiona ze zdjęć dwóch fotografów, podróżujących wspólnie po Japonii:
Jerzego Arsoba i Igora Skawińskiego.