wersja polska english version deutsche Webseite Русская версия

KLUB PODRÓŻNIKÓW

Rejestracja! Dołącz do Klubu!

Opinie Uczestników wypraw i wycieczek Arsoba Travel

NORWEGIA, wyprawa morsowa ::

    My Szczecińsko-Polickie MORSY chcemy podzielić się ze wszystkimi szczęściem i radością, jakich doświadczyliśmy podczas naszej wyprawy na morsowanie za koło podbiegunowe północne do miejscowości Tromso w Norwegii, 2700 km od „domu”. Nasza przygoda trwała 7 dni (od 18 do 24 lutego 2017r.) a organizatorem wyprawy była Pracownia Podróży Arsoba Travel ze Szczecina. Przygotować taką wyprawę dla 30 osób to nie jest łatwe zadanie (tak nam się wydawało, dopóki nie wróciliśmy z wyprawy). Sprostać oczekiwaniom i zadowolić wszystkich uczestników, w tym przypadku? - mało kto podniósłby rzuconą rękawicę. Postanowiliśmy zdać się w pełni na doświadczenie Jurka i Piotra (nie mieliśmy wyjścia :) )  i po czasie twierdzimy, że było do bardzo dobre posunięcie (dla nas). Bawiliśmy się przesympatycznie, jak dzieci.  Nie będziemy się tu rozpisywać nt. organizacji przelotów, noclegów i spotkań z władzami miast, które odwiedziliśmy bo to, w tym „dzikim kraju”, jakim jest dla nas i naszych zwyczajów Norwegia, to wyczyn niemal kaskaderski  a poza tym materiał na małą książkę. Ważniejsze dla nas było: sympatyczna atmosfera, kąpiel w bardzo zimnej wodzie i żadnych kłopotów - tym wymaganiom Panowie sprostali w 100%. Pomimo profesjonalizmu jakim dysponują nasi organizatorzy posiadają oni też kilka zalet, na których zależy nam Morsom (i pewnie nie tylko nam :) ) - ogromne poczucie humoru, cierpliwość i chęć pomocy w każdej sytuacji. Najprościej Pracownię Podróży Arsoba Travel można opisać - Biznes w ludzkiej postaci. Jerzy i Piotr to przede wszystkim ludzie a dopiero potem w pełni profesjonalni biznesmeni. Tak naprawdę to spędziliśmy super tydzień, w super miejscu, w towarzystwie super ludzi i przeżyliśmy niezapomnianą przygodę, do której często powracamy myślami, że nie wspomnę o wspomnieniach, które pozostaną nam do końca życia. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek wpadniemy na szalony pomysł wyprawy w nieznane "zimne wody" to na pewno zabierzemy ze sobą Jurka i Piotra.

Poniżej garść wypowiedzi uczestników wyprawy:

    Ireneusz lat 51: „...no tego to się nie spodziewałem, żeby stateczny i poukładany właściciel firmy rozebrał się na 15-stopniowym mrozie, zrobił rogi renifera i jeszcze się uśmiechał - pełen szacunek..., „...jutro też Wam uciekniemy...

    Edward lat też 56: „...zapamiętałem historię kiedy to jeden z naszych Morsów zgubił dokumenty - co zrobił Jurek? - padł na łóżko, półprzytomny z przejęcia i problem sam się rozwiązał - trzeba mieć ogromny dystans do siebie aby nie zwariować, kiedy Morsy żartują z organizatorów... , to był żart :)))))

    Janusz lat 44: ...zawsze byłem przeciwnikiem zorganizowanych wypraw gdzie wszystko jest na czas i dla dobra przewodnika, po tygodniu spędzonym z Jurkiem i Piotrem zmieniłem zdanie - każdy z uczestników był najważniejszy, nie było żadnego spinania bo czas goni... Amazing !!!

    Halinka lat 18: ... do dzisiaj nie wiem jak to możliwe, że ten czerwony autobus w Tromso wystartował razem z naszym samolotem, później my polecieliśmy prosto a on nieoczekiwanie skręcił w prawo..., ...chciałam zaprzeczyć, że były tam różowe smoki a tak w ogóle było bardzo fajnie...

    Większość opinii czy refleksji  zawiera hasła: odpowiedzialny, pracowity, pomocny, zorganizowany i w ogóle do rany przyłóż - najlepszy. My tego pisać nie chcemy, bo po co powielać schematy. My od serca chcemy napisać, że Jurek i Piotr to ludzie, z którymi można pojechać na każdą wyprawę (w kosmos też byśmy zaryzykowali) i spróbować konie kraść  (i wcale nie mamy na myśli tych morskich czy polnych, bo te to oni mają :))))). Panowie z firmy Arsoba Travel naprawdę stanęli na wysokości zadania (banał, oni są kosmitami) i spełnili wszystkie nasze oczekiwania i niektóre swoje :))))

Dziękujemy Jurek, Dziękujemy Piotr
Zarząd Klubu
Szczecińsko-Polickich Morsów

BAJKAŁ ::


    Rosja to wielki kraj, a jak Rosja to Syberia, a jak Syberia to Bajkał i jak to w Rosji - wszystko musi być największe, najszybsze, najgłębsze a chociaż najgroźniejsze. I tak było w naszym przypadku na wyprawie BAJKAŁ 2016.
    Na początku trzeba było nam przyzwyczaić się do rosyjskiego trybu funkcjonowania wszystkiego tj.: „BĘDZIE albo NIE BĘDZIE”, potem otrząsnąć się z porażającej pięknem przyrody, widoki, widoki, widoki jak z pocztówki w sklepie z pamiątkami.
    Syberyjskie wioski i miasteczka są zawieszone w swoim kosmosie a ludzie życzliwi i uczynni, w niektórych miejscach byliśmy pierwszymi od kilku lat Polakami. Ludzie żyją tam ponad podziałami politycznymi, rozumieją, że politycy czynią wiele zła pomiędzy naszymi narodami. Na każdym kroku mieliśmy do czynienia z wielka życzliwością i nawet podziwem, kiedy opowiadaliśmy o naszej wyprawie i dalszych planach.
    Nad Bajkałem znaleźliśmy miejsca na rozrywkę: Listwianka, jezioro Szczucze w Buriacji, na zadumę wyspa Olchon, Dacan Iwołgiński oraz na odosobnienie Wielki Szlak Bajkalski, trasa dawnej Kolei Krugobajkalskiej.
  Nasza męska wyprawa nie doszła by do skutku żeby nie ARSOBATRAVEL a dokładnie nasz pilot a teraz już chyba i przyjaciel Jurek Arsoba. Niespożyte pokłady energii, wielki dystans do siebie i do świata oraz wielki dar logistycznego planowania sprawiły, że mieliśmy komfort zmiany planów na „gorąco”, kiedy była tylko taka możliwość i ochota. 
    Syberia i Bajkał jest nadal dzika i piękna, nie da się w kilku słowach opisać tej części świata, powstały książki na temat Bajkału i Syberii a i tak na miejscu zaskakiwał nas ogrom morza Syberii i wszechobecnych gór.
    To nie była nasza ostatnia wyprawa z ARSOBATRAVEL – w głowie już zasiane jest ziarno …
Jurkujut jeszcze raz – dziękujut!
___________________________________________Darek, Mazury

    Zaczęło się od książek znanych podróżników. Razem z kolegą podjęliśmy decyzję, że jeśli mamy jechać na przygodę życia, to tylko na Syberię. Zdecydowanie najlepszą dla nas ofertę złożył Jerzy Arsoba. Organizacja wyjazdu poszła sprawnie i w połowie lipca trzech facetów wyruszyło w nieznane.
    Oceniając naszą wyprawę muszę przyznać, że została zrealizowana bardzo profesjonalnie. Mieliśmy poczucie wyjątkowej przygody
a jednocześnie kontroli i bezpieczeństwa. To co podobało mi się najbardziej to fakt, że nie istniał  podział firma-klient.
    Byliśmy zespołem odkrywającym nieznany ląd, a każdy nowy dzień był nowym doświadczeniem. A Bajkał? No cóż - nie ma sensu wam o nim opowiadać. Musicie po prostu tam pojechać (najlepiej z ARSOBA TRAVEL).
   Reszta jest historią. Zostały świetne zdjęcia Jurka i plany następnego wspólnego wyjazdu.

___________________________________________Przemek, Mazury

GRUZJA ::

    Wyprawę uważam za niezwykle udaną. Zwykle nie korzystam ze zorganizowanych form wypoczynku, tylko sama sobie bookuje i jadę. Natomiast Gruzja to dla mnie nowy teren, nie miałam chętnych do towarzyszenia mi w wyjeździe, więc zaryzykowałam. I naprawdę nie żałuję! Program był intensywny, atrakcji mnóstwo. Mimo, że grupa dosyć zróżnicowana wiekowo i kondycyjnie, to pilotka potrafiła tak zorganizować czas, żeby wszyscy byli zadowoleni. Nie czuliśmy presji programu zwiedzania, czego się obawiałam. Było radośnie, spontanicznie i z niespodziankami. Iza, która pilotowała naszą grupę jest niezwykle inspirującą osobą, pełną pasji i bardzo otwarta na ludzi. Idealnie się sprawdziła! Jeszcze raz bardzo dziękuję!!!

______________________________________________Sylwia, Zgierz

Przychodzi gruziński student Awas Goridze do docenta.
Docent: Nazwisko?
Student: Goridze
Docent: A jak Was nazywają?
Student: Awas
Docent: Mnie Nikołaj Stiepanowicz. A Was??
Student: Awas!

    Ten skecz w rewelacyjnym wykonaniu Piotra Fronczewskiego i Wojciecha Pszoniaka nie opuszczał mnie przez cały pobyt w Gruzji. Nie spotkałem żadnego Gruzina o tym pięknym imieniu ... chociaż tak właściwie to bałem się zapytać :)
Mają to być wrażenia z Gruzji, więc nie będzie tu dziennika podróży ;)
    Gruzja zachwyca. Swoją historią - bogatą, piękną i heroiczną. Kulturą - unikatową, głęboką i dumną lecz pozbawioną pychy. Przyrodą - która zmusza do zazdrości.
Prawie 2 tygodnie. Ponad tysiąc kilometrów. Samochód 4x4. Offroad. Piątka prawie obcych sobie na początku ludzi, którzy już pierwszego dnia, przy ognisku i winie, pod namiotami, gdzieś w środku niczego ... O! Patrzcie! Świetlik! Kiedy ostatnio widzieliście świetlika??!
Jednego dnia wspinamy się samochodem na 3 000 metrów, szaloną górską drogą, która jest zdecydowanie zbyt wąska i zbyt stroma. Nocujemy na przełęczy otoczeni ośnieżonymi ramionami Kaukazu. Rześkie 5 stopni w nocy. A następnego dnia kąpiemy się w Morzu Czarnym i śpimy na plaży odpoczywając przed wjazdem do ozłoconego i upalnego Batumi.
I tak można by było bez końca .. Górskie wioski i widoki przywodzące na myśl pejzaże z
Hobbita :)
    A Gruzini? No właśnie, bo przecież ludzie są najważniejsi. To oni tworzą to co nazywamy
atmosferą, klimatem, i tak naprawdę to od nich zależy, czy nam się podoba w tym miejscu i chcielibyśmy tu wrócić czy nie. A wrócić się chce! Bo ludzie to ten czwarty (i możliwe, że najważniejszy aspekt), którym Gruzja zachwyca.
    Do Gruzji trzeba jechać TERAZ! Teraz kiedy jest jeszcze dziewicza, nie zmanierowana tysiącami turystów. Teraz jeszcze można doznać prawdziwej gościnności, ciekawości, oryginalności. Prawdziwej przygody a nie wyreżyserowanego eventu. To są ostatnie takie lata.

______________________________________________Mienia zawut Pavel. A Was??

    Już pierwszego dnia naszego pobytu w Gruzji w kolejce liniowej w mieście Cziatura, spotkaliśmy Gruzina o imieniu Awas. To był nasz pierwszy kontakt z „lokalnym”, ale nie wytłumaczyliśmy mu dlaczego tak bardzo rozbawiło nas jego imię :) To i każde kolejne spotkanie z Gruzinami - na ulicy, w domu, w knajpie, na stacji wulkanizacyjnej, w górach, w drodze - zawsze postawiały bardzo miłe wrażenia i uśmiech na buzi.
    Przejechaliśmy 2700 km po drogach i bezdrożach, wzdłuż i wszerz i wzwyż, na czterech kołach, w siodle, pieszo. Program przygotowany przez biuro oraz sposób w jaki poznawaliśmy kraj jest naprawdę niesamowity. Kuchnia, wino, przyroda, góry, gorące źródła, zapach lata, nieziemskie widoki, magiczne miejsca, ludzie  o tym nie potrafimy napisać - to po prostu trzeba przeżyć!!!!!!!!
    Spitritus movens całego przedsięwzięcia jest Izabela Słońce Gruzji, czyli nasza przewodniczka, nasz wszechstronny kierowca, wspaniały tamada, i dobry duch całej wyprawy (zastanawialiśmy się nawet czy Gruzja bez niej też byłaby taka wspaniała):)
    Jadąc do Gruzji wiedzieliśmy że jest to mały górzysty kraj, poczytaliśmy przewodniki i przejrzeliśmy zdjęcia w necie -  ale to co zobaczyliśmy i przeżyliśmy zachwyciło nas na tyle że po prostu chcemy tam wrócić!!!

______________________________________________Is i Mario, Szczecin

    Gruzja - przepiękny kraj otwartych, gościnnych ludzi, skrawek raju  do którego chce się wrócić. To wszystko dane mi było poznać dzięki bogatemu programowi przygotowanemu przez biuro i wspaniałej Izie, naszej pilotce, przewodniczce, „dobremu duchowi” naszej wyprawy, dzięki której żadna (nawet najbardziej niebezpieczna) droga nie była nam straszna, która pokazała nam, to co najpiękniejsze w tym kraju i która tak zajmująco opowiadała o Gruzji i uczyła nas podstawowych zwrotów w języku gruzińskim. W Gruzji zachwyciło mnie wszystko; jej gościnni mieszkańcy, wspaniałe krajobrazy, przepiękne zabytki , a także wspaniała kuchnia, za smakiem której tęsknię. Chcę tu jeszcze wrócić! Dziękuję Państwu za cudowną przygodę, którą dzięki Wam i wspaniałej Izie udało mi się przeżyć w Gruzji. Jestem zdania, iż żadne słowa nie są w stanie oddać wszystkich pozytywnych emocji, które noszę w sobie od czasu pobytu w Gruzji.

______________________________________________Gosia, Koziegłowy

AUSTRALIA i NOWA ZELANDIA ::

        Nie była to dla nas pierwsza wyprawa trampingowa, ale pierwsza z biurem Arsoba Travel. Czytając program wiedziałem, że będzie to bardzo intensywne pięć tygodni, jednak to czego doznaliśmy przerosło wszelkie nasze wyobrażenia.
    Na początek kwestie organizacyjno – logistyczne. Ogromne wrażenie jeszcze przed wyjazdem zrobiła na nas dostarczona nam marszruta noclegowa na ponad 30 dni wraz z kosztami wyliczonymi dla każdego uczestnika osobno, z uwzględnieniem indywidualnych potrzeb, w arkuszu kalkulacyjnym, zawierającym dodatkowo aktywne linki do większości obiektów w których mieliśmy nocować. Ogromne kompendium wiedzy o obiektach, ich standardzie, wyposażeniu, oraz kosztach, bardzo przydatne także później w trakcie wyprawy. Bardzo fajna sprawa – pełna transparentność kosztów, wszystko co potrzebne w jednym dokumencie, ale również refleksja nad tym, że Jurkowi zależy i że poświęcił na przygotowanie wyjazdu mnóstwo pracy i czasu.
    Znalazło to potwierdzenie już w trakcie pobytu na Antypodach. Jurek był perfekcyjnie przygotowany pod względem logistycznym. Pięć skoroszytów dokumentów dla każdego etapu wyprawy oddzielnie i jazda…… Widać  było, że pilot zna się na tej robocie, jest opanowany i pewny siebie, jednocześnie empatyczny i cierpliwy…. Wszystko było tak jak miało być, samochody (5), przeloty wewnętrzne (3) no i noclegi. Nigdy nie było wtopy, sytuacji kryzysowej, że coś jest niepotwierdzone, czegoś nie ma, czy o czymś nie wiadomo. Jurek wchodził do recepcji kolejnych hoteli i po kilku minutach rozdawał klucze do pokojów uczestnikom. Po każdym co najmniej 12 godzinnym intensywnym dniu fajnie było szybko zalogować się w pokoju, zamiast czekać godzinę w recepcji jak to się często zdarza podczas wyjazdów grupowych.
    Odnośnie samego programu – nie zawiedliśmy się. Myślę, że zobaczyliśmy tyle, ile można było i to czego oczekiwaliśmy. Oczywiście, gdyby doba miała 30 godzin, to Jurek skrzętnie by to wykorzystał, ale nie wiem, czy dalibyśmy radę. O Jurka kondycję można być za to spokojnym. Początkowo byliśmy nieco zatroskani o to, czy wytrzyma to tempo, czy jest dostatecznie wypoczęty, czy nie będzie przysypiał za kierownicą. Niepotrzebnie. Jak kładliśmy się spać Jurek przygotowywał się do następnego dnia, a gdy wstawaliśmy wracał ze zdjęciami wschodu słońca…. i oświadczał, że mamy czego żałować.
    Dość osobliwe było to, że w pierwszych dniach Jurek realizując z pasją kolejne punkty programu jakby zupełnie zapominał, że grupa potrzebuje na spokojnie coś zjeść :) Z czasem przyzwyczailiśmy się do tego tempa i robiliśmy na wszelki wypadek zapasy żywnościowe.
    Normalnym jest, że w trakcie tak długich wyjazdów zdarzają się miejsca i momenty lepsze i gorsze. Dla mnie niezapomniane i najbardziej atrakcyjne były dni wysiłkowe, trekkingi i wędrówki – na Mt. Kościuszko, wokół Kings Canyon, wokół Uluru oraz na ternie West Macdonnell NP., no i rzecz jasna Trawers Tongariro na Nowej Zelandii.  Szkoda że zabrakło pogody i czasu żeby wspiąć się na Mt Taranaki, ale nie można chcieć wszystkiego. Generalnie każdy chyba słyszał że NZ jest piękna, jednak naprawdę warto zobaczyć to na własne oczy. Nawet Hobbiton, co do którego byłem mocno sceptyczny z uwagi na wybitnie komercyjny charakter, okazał się miejscem szczególnym, zupełnie wyjątkowym.
    Bardzo podobał nam się również pierwszy dzień pobytu w Sydney, kiedy pływaliśmy po zatoce i podziwialiśmy miasto od strony wody za dnia i po zachodzie słońca.
    Jeśli chodzi o dni, które osobiście zaliczam do tych słabszych, to prawie cały dzień w miasteczku poszukiwaczy złota Sovereign Hill, oraz rejs na rafę w Cairns, który wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Ale wiem od innych uczestników, że dla nich właśnie ten dzień był jednym z najlepszych. Rozczarowało mnie także Alice Springs jako miejsce, ale to przecież nie wina organizatora.
    Mamy również pewien niedosyt jeśli chodzi o zwiedzanie miast – Melbourne i drugiego dnia w Sydney. Generalnie Jurek nie kryje tego, że nie przepada za miastami, omija je i dąży do miejsc dzikich, z piękną przyrodą, którą utrwala na zdjęciach. Rozumiem i podzielam tą pasję, uczestnikom wypraw z Jurkiem, którzy chcą spokojnym tempem połazić po wielkich aglomeracjach polecam wziąć tzw. „czas wolny”.
    Podsumowując wyprawę – to było dla nas niezapomniane 5 tygodni. Zrealizowaliśmy marzenia, zobaczyliśmy miejsca, o których nawet nie śnią uczestnicy większości wycieczek objazdowych, czuliśmy się bezpiecznie i wyjątkowo. Była to wyprawa dosłownie „uszyta na miarę”, każdy z uczestników miał swój określony wpływ na jej ostateczny kształt.
    Okolicznościowa płyta ze zdjęciami i filmami z wyprawy oraz miłym dodatkiem w postaci aromatycznej herbaty dotarła pocztą kilkanaście dni po wyprawie. Szkoda, że to już historia…..
    Szacunek i wielkie dzięki za wszystko Jurek!
______________________________________________Ania i Andrzej, Gorzów

    Był to jeden z najlepiej zorganizowanych grupowych wyjazdów, w których uczestniczyłem. Szczególnie niezwykła była pasja z jaką Jurek przygotował trasę i nie do uwierzenia kondycja, z jaką wykonywał zaplanowany program. Po za tym świetna atmosfera i umiejętność budowania w grupie motywacji do pokonywania wspólnie trudności trasy i przeciwności, które zgotowała nam przyroda (burze piaskowe, pożary, drogi i deszcze). Uważam, że wyjazdy z Arsoba Travel są skazane na sukces i polecam je każdemu globtroterowi.

______________________________________________Mirek, Kraków

    Miałem przyjemność uczestniczyć w wyprawie: Australia 2012 - tydzień zaćmieniowy. Moim celem było fotografowanie i obserwacja całkowitego zaćmienia Słońca. I nie zawiodłem się. Pomimo problemów z pogodą na wybrzeżu (Cairns), organizatorzy wykazali się pełnym profesjonalizmem w wyszukaniu bezchmurnego miejsca na obserwację. No i udało się w 100%! Oprócz tego jeszcze było zwiedzanie Sydney, Wielka Rafa Koralowa, Góry Błękitne itd.
Wyprawa była bardzo dobrze zorganizowana i jestem z niej zadowolony. Wielkie dzięki za niezapomnianą przygodę i do zobaczenie wkrótce.

______________________________________________Dominik, Dania

    Wrażenia z wyprawy zaćmieniowej na Antypody z Arsoba Travel. Hmmm... pierwszą myślą jaka nasuwa mi się po wyprawie jest to, że podróżowanie z Jurkiem (i Tomkiem) nie jest dla mięczaków, ale jak każda rzecz, którą robi się z poświęceniem większym niż zazwyczaj, przynosi dużo radości.
    Z założenia wyprawa trampingowa to nie wczasy w kurorcie pięciogwiazdkowym ze wszystkim podanym na talerzu bez ruszania się ze swojego leżaka. Tutaj, żeby dostać te wszystkie dobroci, trzeba czasem swoje: przejść, przebiec, przejechać, odczekać, niedospać, zmoknać, zmarznąć, spocić się, etc.  Widząc jednak zapał i poświęcenie ze strony naszych
kierowników”, miejsca, do których docieramy dzięki ich zaangażowaniu, spotkania, które dochodzą do skutku po miesiącach spędzonych na korespondencji z drugą stroną świata, obserwacja zaćmienia przygotowana na najwyższym poziomie - wszystkie te niedogodności odchodzą w niepamięć.
    W trakcie pięciu tygodni intensywnego zwiedzania, zobaczyliśmy taką ilość miejsc i przeżyliśmy tyle przygód, że spokojnie można by nimi obdzielić dwa razy więcej osób w dwa razy dłuższym czasie. Wszystko to dzięki Arsoba Travel i Eclipses.eu, za co oficjalnie dziękuję.
    (...) Płytka dotarła, zdjęcia i filmy super, wszystko się otwiera i serce też krwawi z tęsknoty za czasami uwiecznionymi, ech pieknie było... Pozdro i dzięki!

______________________________________________Ela S., Tarnów

    Długo szukałem wyprawy na antypody, która odpowiadałaby moim oczekiwaniom, czyli miała swój indywidualny charakter i pozwalała na obejrzenia jak największej ilości miejsc a zarazem pozwalała na osobiste przeżywanie wyprawy. Mój wybór padł na całkowicie nieznane mi biuro Arsoba Travel, które później było już tylko Jurkiem (i Tomkiem).
    Co głównie pozostało mi po tym wyjeździe oprócz zadowolenia z organizacji wyjazdu - to poczucie, że byłem z osobami, dla których podróżowanie jest życiową pasją i tym epatują przez cały wyjazd. Wiedzą co to chęć zobaczenia i osobistego dotknięcia wszystkiego co ciekawe, co może wzbudzić zainteresowanie. Chcesz wstać przed wschodem - proszę bardzo, chcesz wejść na „tę” górę - proszę bardzo, a może zobaczymy jeszcze „to” - proszę bardzo a nawet pełna zachęta, żeby jeszcze zobaczyć „coś” czego nawet nie ma w programie. Chcesz zrobić zdjęcie - proszę bardzo samochód „stop”, albo nawet ich ciągła samoistna inwencja, żeby stworzyć sytuację „fotograficzną”. Pełne zrozumienie potrzeby
pstrykania.
    Jurek przez swoje doświadczenie ma wspaniałe wyczucie „miejsc” - tego co ciekawe,  niespotykane i warto na nim polegać jak mówi „to jest warte zobaczenia”. Tomek ma wiedzę „na wszystko” i warto go słuchać.
    Z osobistych wspomnień to chciałbym z tego ogromu miejsc i obrazów opisać szczególnie dwa.
    Większość organizatorów wyjazdu do AUS „sprzedaje” Uluru jako zachód i wschód słońca i to ma być magiczne, czyli, żeby wieczorem przyjechać i rano odjechać i „zaliczyć” Uluru. Z Jurkiem tak nie jest, dostaje się oprócz tego co wyżej to „spacer” ok. 9 km wokół Uluru i dopiero wtedy zyskuje się możliwość zbliżenia z górą-skałą, odczucia jej mistycznej natury, kiedy idziesz wzdłuż jej ścian, widzisz wielkość tego monolitu a zarazem oglądasz szczegóły, które sprawiają, że masz wrażenie, iż góra żyje, że ma płuca, ma oczy i usta. Raz jest górą, innym razem wielorybem lub delfinem, jest fascynująca, ale to tylko możesz odczuć tak jak proponuje Jurek – trzeba być przy niej blisko i dotykać jej chropowatości. Tylko jedno się nie udało, wejść na górę, nie pozwoliła temperatura i formalny zakaz a niestety Arsoba Travel odmówił ze swojego chyba naturalnego skąpstwa sponsorowanie indywidualnego wejścia na Uluru za jedyne 5000$ (drobna grzywna za samowolę) i tutaj widzę jedyny słaby punkt tego wyjazdu.
    Drugie dla mnie „magiczne” wspomnienie to trekking trawersem Tongariro w NZ, trasa 19 km. Przejście z poziomu zielonego lasu tropikalnego przez obszary żółtej i pomarańczowo-brunatnej sawanny porośniętej trawami i krzaczkami, dalej przez brunatne skały w obszar zalegającego śniegu i księżycowego krajobrazu. I to wszystko w sąsiedztwie dymiącego wulkanu, wydobywających się z ciepłej ziemi oparów „piekła” i wejście w obszar śniegu, skał i niebiesko - zielonych jezior, a następnie wdrapanie się na znajdujący się przy Tongariro szczyt w sąsiedztwie czerwono - brunatnej gardzieli wygasłego /czasowo?/ krateru, i wspinanie się na górę w wulkanicznym pyle do kostek, jak po piaszczystych wydmach. Potem widok Tongariro w śnieżno - pasmowej dekoracji przy zachodzącym słońcu. Wejście w strefę Mordoru. W mojej ocenie podróżniczych przeżyć to oceniam trekking Tongariro jako „NAJPIĘKNIEJSZY JEDNODNIOWY TREKKING” życia. Już wtedy tak oceniłem i taka ocena pozostała w mojej pamięci.
    I tak mógłby jeszcze i jeszcze. . . . 
    Jurek (i Tomek) przygotowali fascynujący i indywidualny program wyprawy do AUS i NZ, wyjazd z nimi był dla mnie wspaniałą przygodą i „spełnieniem”.  Jeżeli chce się mieć zapełniony każdy dzień, a wieczór przyjmować jako zbawienie odpoczynku i uporządkowania całodniowych wrażeń, to wyjazd z ARSOBA TRAVEL  wszystko to zapewni.
    Trudno wszystko opisać, ale dla zainteresowanych „jak to wygląda” i co można zobaczyć, udostępniam „moje fotograficzne wspomnienie” z wyjazdu.
https://plus.google.com/photos/112926583640410435652/albums
Jurku i Tomku - dziękuję za wspólną przygodę i do zobaczenia na szlaku!

______________________________________________Stefan, Wrocław

    Dziś obejrzałem zdjęcia i filmy. Jeszcze jestem pod wrażeniem. Wszystko jest w porządku. Zdjęcia, filmy genialne. Nareszcie mogę pochwalić się znajomym, rodzinie gdzie byłem i co widziałem. Gdy oglądali moje zdjęcia, a mam ich ok. 30, to każdy wątpił czy aby na pewno byłem w Australii.
    Pomysł z certyfikatem i wygląd - miodzio. Miałem już okazję nie raz podziwiać całkowite zaćmienie, ale pierwszy raz mam taki dokument. Dobry pomysł. Jeszcze raz wielkie dzięki za imprezę i mam nadzieję do zobaczenia.

______________________________________________Maciek, Wronki

KAMCZATKA ::

    Chcemy powiedzieć, jak bardzo warto jest uczestniczyć w wyprawach organizowanych przez Jurka. Niezapomniana przygoda, mozliwość poznania barw Kamczatki - czerwonego łososia, wspaniałej ikry w łowionych przez nas rybach, jak również poczuć przysłowiową „siekierę” siarkowych intensywnie żółtych fumaroli, od których aż się w głowie kręci. A od Kamczatki właśnie głowa wiruje - od wrażeń doznanych i ludzi poznanych. Wyprawa toczy się swoim torem – współdecydujemy co i jak chcemy zrobić. A wszystko z pomocą Jurka, który jest świetnym przewodnikiem, podróżnikiem i organizatorem w jednym, na którego naprawdę można liczyć.
    Wulkany zdające się budzić na nasze zaproszenie. To niesamowite wrażenie, które ogarnia człowieka - z jednej strony podziw przed buchającą  pyłami i dymami górą, a z drugiej baczenie przed spotkaniem drapieżnika... Wszelki poniesiony trud zwraca się z ogromną nawiązką. W nagrodę dla odważnych, ukazują się zapierające dech w piersiach widoki, piękne kwiaty i wszelka roślinność, którą można podziwiać do woli po ciężkim marszu przez wulkaniczne piargi. Jednym słowem cudowna feeria barw i wrażeń.
    Jeśli lubicie przemierzać nieoznaczone szlaki, aby dojść do celu, jeśli lubicie dreszczyk emocji związanych z niepewnością spotkania niedźwiedzia, to polecamy! Zawsze jesteście uzbrojeni w nieocenione wsparcie Przewodnika.
    I nawet, gdy w kamczackiej głuszy macie problem zdrowotny lub załamie się pogoda, to można przebyć drogę do stolicy Kraju Kamczackiego przeuroczą „wachtowką”, która zapewni Wam, drodzy Czytelnicy, niezapomnianych wrażeń. Przedzieranie się przez gęsty las w przemiłym towarzystwie „tubylców” oraz komarów dostarczy Wam doznań, których jesteśmy pewni, że nie zapomnicie na bardzo długo. Nawet jeśli droga przez nieznane „wyboje” i wycinanie utrudniających przejazd drzew i konarów miała by zająć 10 godzin.
    Znajomi po powrocie pytali nas – „Było ciężko?” Tak, momentami trzeba było się wysilić. Ale uwierzcie nam - to nie jest problem. Bo przecież jadąc na „koniec świata” trzeba liczyć się z pewnymi, fizycznymi problemami, takimi chociażby jak kondycja. Niemniej chcemy jeszcze raz podkreslić, że Jurek – przewodnik dopasowuje program do indywidualnych potrzeb pragnących przeżyć przygodę podróżników.
    Ponadto udaną wycieczkę tworzą współtowarzysze. Niezapomnianą częścią wyjazdu są osoby z chęcią, zaagażowaniem oraz poświęceniem. Ci, którzy stanowią nieocenioną wartość każdej wyprawy bądź chociażby najmniejszego wypadu. A na Kamczatkę jadą ludzie mający w sobie pasję podróżowania, chcący doznać wrażeń, o których wcześniej wspomnieliśmy.
    Nie znamy skali, w której moglibyśmy zawrzeć nasze przeżycia. Przekonajcie się sami i jedźcie, nawet w ciemno, z Arsoba Travel. Naprawdę WARTO!

______________________________________________Leszek i Marian, Wrocław/Zakopane

    Osobom zakochanym w odludnych miejscach, wielbicielom gór i wulkanów, amatorom wyszukanych smaków, krętych dróg czasem pod górkę, dziwactw przyrody i nie zawsze wysokich temperatur uprzejmię donoszę... Kamczatka jest najwspanialszym miejscem na ziemi.
A więc po kolei:
- odludne miejsca to wędrówka po parkach gdzie niedźwiedzia stopa staje częściej niż ludzka, a ostatni homo sapiens przechadzał się nie wcześniej niż kilka dni temu;
- góry i wulkany znajdziecie odwróciwszy się w dowolną stronę, a czasem nawet leżąc na ziemi i patrząc w górę;
- wyszukane smaki - najchętniej bym nie wspominała, bo na samą myśl o ikrze, czerwonej rybie czy king krabie mam ochotę kupić bilet i znów je pożerać każdym kawałkiem mojego ciała. Naturalny smak zapach, wygląd to wręcz perfekcyjne dzieło natury. Nigdzie, przenigdzie nie uda się wam samemu zrobić ikry i jeszcze jej zjeść. Dla chętnych możliwość przedłużenia rozkoszy nawet do granic Polski;
- kręte drogi pod górkę - cóż ciężko na wulkan wchodzić prostą drogą w dół... ale warto;
- dziwactwa przyrody - widzieliście kiedyś buchającą z ziemi parę, jezioro o temperaturze 80 stopni, bąbelki błotne skaczące tak z metr nad ziemię, niedźwiedzia 200 metrów od was, czy gotującą się rzekę?
- nie zawsze wysokie temperatury - no cóż raczej było ciepło, ale w góry zabierzcie proszę dodatkową bluzę, czapkę i rękawiczki.
    Nadal niezdecydowani... polecam przejrzenie zdjęć... bo Kamczatka to naprawdę najwspanialsze miejsce na ziemi (a uwierzcie, niejedno w życiu widziałam).
    A to wszystko okraszone towarzystwem niezapomnianego pocieszyciela, który masował obalałe mięśnie „plecakowe
, Jurka Arsoby.
    Ale o tym wszystkim możecie się przekonać tylko decydując się na wyjazd na Kamczatkę.

______________________________________________Ewa, Warszawa

    Cały czas przed oczami stoją te niesamowite krajobrazy, których nie da się po prostu opisać słowami. Wulkaniczne wzniesienia, śnieg przeplatany wysepkami usypanymi z wulkanicznego piasku, osuwające się na naszej drodze kamienie.. strumienie płynące wolno i wypływające spod śnieżników... niespotykane chmury płynące po błękitnym niebie ponad szczytami wulkanów i wzniesień. Wspaniała, dzika natura, najczystsze powietrze, jakim kiedykolwiek oddychałam i przejrzystość powietrza nieskażonego niczym.
    Cieszę się, że tam byłam i wspomnienia pozostaną na zawsze. O przyrodzie, o przygodzie, o ludziach, który tam żyją, o jedzeniu, o wysiłku, wyzwaniach, żartach, wsparciu. Bardzo dobra organizacja, wyprawa trudniejsza niż zapowiadano, ale potem daje to wiele satysfakcji i radości :) !
    Organizator sprawdzony - można jechać. Przeciągnie, wymęczy, ale śmiechu i fascynacji tym, co przeżyliśmy starcza potem na dłuuugo.

______________________________________________Agata i Robert, Warszawa

MOŁDAWIA I NADDNIESTRZE ::

    Parę dni temu dostałam od Biura przesyłkę – pięknie skomponowane zdjęcia z naszego trampingu po Mołdawii i Naddniestrzu w październiku 2011.  Byliśmy na tych zdjęciach wszyscy, czasami nawet z pilotką i uwiecznieni w istotnych dla trasy miejscach. W dodatku można było odczuć również atmosferę, która panowała w czasie wędrówki. Fantastyczne było to, że na trampingu od pierwszej chwili spotkania na dworcu  w Przemyślu  wiedziałam, że będzie to tydzień, na który czekałam wiele miesięcy – ciekawa grupa  ludzi, ujmująca, przesympatyczna i profesjonalna pilotka Alicja oraz „dusziszczipatielnyje krajobrazy Mołdawii i Naddniestrza”.
    Tramping to nie wypoczynek dla ciała, ale odwrócenie się od swoich problemów, spojrzenie na świat z  innej perspektywy, to radość ze spotkania miejscowych ludzi, którzy nas obdarowywali swoim uśmiechem, życzliwością, bezinteresownym zainteresowaniem i często chęcią nawiązania trwalszych kontaktów.
    To było tylko 9 dni - a ileż wrażeń! Urokliwe Czerniowce z kamienicami XIX-wiecznej monarchii austro-węgierskiej ale i z nowoczesnym barem-restauracją (w którym i Szwejk mógłby dyskutować przy piwie o wyższości ordynansa nad swoim oficerem) i smacznym zestawem potraw,  imponujący,  niemal metropolitalny Kiszyniów, zadziwiająca pięknymi architektonicznie, lecz niesłychanie zaniedbanymi blokami  Rybnica. A potem i wędrówki po bezludnych wąwozach, tajemniczy monastyr i nocleg z przygodami, gościna we wsi  Styrcza u polskiej rodziny (choć pan domu Rosjanin i nie mówi po polsku), to  nieustanna przeplatanka piękna i brzydoty a właściwie zaniedbania  ludzkiego, które często było trudne do zrozumienia przez nas.
    Podziwiałam naszą pilotkę Alicję, która mimo młodego wieku potrafiła swoja życzliwością do ludzi wydobyć nawet ze sztywnej „prowadnicy” w plackartnym wagonie uśmiech i zgodę na wspólne zdjęcie. Dużo zobaczyłam, dużo się dowiedziałam, dużo przeżyłam – warto było!
    Gorąco polecam! Młodym - aby łatwiej im było zrozumieć świat, w którym żyli ich rodzice, starszym i „tym całkiem dojrzałym”- aby powspominali z nostalgią swoje młode lata i klimaty wtedy panujące, ale i te dobre rzeczy z tego okresu: większą życzliwość ludzi, radość z małych rzeczy, piękno natury niepoprawianej przez „postęp i nowoczesność”.

______________________________________________Irena Sulińska, Tychy

JAPONIA ::

    Jadąc na wyprawę do Japonii z Arsobą byłam trochę przerażona, gdyż był to dla mnie pierwszy takiego rodzaju wyjazd, ale mam nadzieję, że nie ostatni.  Mogę jednak stwierdzić, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w kraju kwitnącej wiśni.
    Duże uznanie dla organizatora i pilota, Jurka Arsoby, który nie zważając na swoje zmęczenie służył nam pomocą i radą 24h/dobę. Świetna organizacja, opieka, sympatyczna, wesoła atmosfera.
    Program wyprawy dawał możliwości poznania nie tylko wspaniałych zjawisk geograficznych, unikalnej flory i bogatej fauny tego zakątka Azji, ale również kultury oraz obyczajów. Dzięki elastycznemu programowi znalazłam w tej wyprawie dużo spontaniczności i dowolności w realizowaniu własnych oczekiwań.
    Takich atrakcji z nutką adrenaliny nie kupicie w pakiecie żadnego biura podróży! Myślę, że długo jeszcze będę wspominała tą wyprawę i wszystkie kolejne z Arsoba Travel…

______________________________________________Magda K., Puck

    Wyprawa do Japonii z firmą Arsoba to wspaniała przygoda. Bogaty program był modyfikowany na bieżąco, aby jak najciekawiej spędzić czas w Kraju Kwitnącej Wiśni. Błyskawicznie przemieszczaliśmy się pociągami, a szczególnie naszymi ulubionymi shikansenami. Różnorodność miejsc noclegowych, poznawanie tajemnic kuchni japońskiej i mnóstwo wrażeń stanowiło o walorach tej wycieczki. Fantastyczna atmosfera to zasługa organizatora i pilota Jurka Arsoby, którego  profesjonalizm i 100% zaangażowanie wpłynęły na bardzo udany wyjazd. Chętnie znowu wybiorę się z Arsobą na poznawanie świata.

______________________________________________Beata, Jasło

    Jestem zdania, że wycieczka do Japonii w takiej konstelacji była czymś niepowtarzalnym i się w takiej formie chyba nie może powtórzyć. Twój urok osobisty sprawił, że wszyscy byli jak zaczarowani. A sztuka teatralna, w której grałeś główną rolę, była godna „teatralnego” Oskara. Dziewczyny w tej sztuce zasłużyły na Oskara za role drugoplanowe. Jurku jesteś wyjątkowy, nie poznałem dotąd nawet w przybliżeniu kogoś podobnego do Ciebie. Może poruszałem się dotychczas w innych płaszczyznach.

______________________________________________Marek, Niemcy

    Program wyprawy, został tak dobrany, aby liznąć po trochu
każdej” Japonii. Byliśmy zatem i na dalekiej prowincji, i w sercu wielkich metropolii. Zobaczyliśmy multum świątyń, wspinaliśmy się na malownicze (i aktywne!) wulkany, wieczorami zatracaliśmy się w zatłoczonych dzielnicach Tokio, Kioto i innych wielkich miast, przejechaliśmy niezliczone kilometry wspaniałą japońską koleją, zdobyliśmy Fuji (!), dogłębnie posmakowaliśmy japońskiej kuchni, trochę skubnęliśmy sztuki, tańca, teatru, a nawet japońskiej technologii. Krótko mówiąc otrzymaliśmy Nippon w pigułce.
Nam, niepokornym Słowianom ciężko zrozumieć, że pociągi mogą być punktualne, kierowcy nie przekraczają prędkości, na ulicach może nie być śmietników, a i tak miasto będzie czyste, a dziesiątki ludzi na dworcach potrafią się ustawić w uporządkowane kolejki i nie blokować przejścia kolejnym wychodzącym dziesiątkom pasażerów. Ten kraj po prostu FUNKCJONUJE. To jest niesamowite!
Raz jeszcze podziękowania dla Agatki za super wakacje oraz dla Arsoba Travel za taki bogaty i zróżnicowany program.

______________________________________________Romek, Ruda Śląska

INDOCHINY :: Laos, Kambodża, Wietnam

    Miałem przyjemność wziąć udział w wyprawie z lutego 2010. Wydarzenie to przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Pomijam już logistyczny profesjonalizm przedsięwzięcia, o którym można sporo przeczytać w poprzednich opiniach. Ja natomiast chciałbym wspomnieć o osobie samego Jerzego. Otóż człowiek ten pozornie strugając twardziela, obdarzony jest w istocie wrodzoną empatią i wrażliwością, co czyni go wspaniałym opiekunem i doprowadza tworzoną przez siebie usługę do perfekcji. Już na lotnisku zaczął wprowadzać zabawną atmosferę i dbać o samopoczucie uczestników, broniąc ich przed opryskliwością pań odprawiających bagaż, wynikającą najprawdopodobniej z braków kadrowych i słabej kondycji finansowej krajowych linii lotniczych. W jego towarzystwie zalecam uważanie na to, co się mówi. Nieopatrzne wyrażanie swoich potrzeb może doprowadzić do natychmiastowego ich zaspokojenia. Pilot jest wrażliwy na wszelkie negatywne wibracje w grupie i w miarę możliwości od razu jest na miejscu. Na przykład gdy zorientował się, że lubię survivalowe klimaty, specjalnie TYLKO DLA MNIE zorganizował nocny treking po dżungli. Ale dla wygodnickich - ależ proszę - klimatyzowane bungalowy z łazienkami i lustrami większymi niż te na ścianach, w fitnesach. Ale dla smakoszy - nic trudnego - noclegi z lokalesami, ze słoniem za ścianą... Jerzy jest swoistego rodzaju spełniaczem marzeń na poczekaniu. Moim marzeniem była przygoda...
    Kąpałem się na plaży ładniejszej niż te z moich screenów komputerowych, jadłem larwy, jeździłem na słoniu, karmiłem słonia, kąpałem słonia, (choć niektórzy twierdzą, że to on kąpał mnie), zabłądziłem w ciemnej jaskini i biegałem w kółko nie wiedząc skąd głosy dochodzą, (ale nikomu się nie przyznałem), włamałem się do parku z wodospadami (przedzierając się przez dżunglę), uciekałem na skuterze przed goniącymi mnie wściekłymi tubylcami (sam byłem sobie winien), pomogłem tubylcom wyciągnąć samochód z kanału, jarałem skręta przy ognisku z prawdziwymi hippisami, pomagałem podczas udzielania pierwszej pomocy, uciekałem przed atakami stada dzikich psów, jadłem w knajpie, w której po ścianach biegały tabuny uroczych gekonów,... A to tylko część wrażeń...
    Na tej wyprawie każdy dzień był kolejną wielką przygodą. Na tej podstawie oznajmiam, że moje potrzeby zostały zaspokojone w całej rozciągłości In extenso i jeszcze znacznie więcej, a Jerzy jest najlepszym pilotem na świecie i będę się bił z każdym, kto twierdzi, że jest inaczej!
    ps. już odkładam kasę na następną wyprawę.

______________________________________________Piotr Kryst, Częstochowa

    Z pewnością podróż z Jurkiem była niezapomnianą przygodą i odkryciem nowego kawałka świata. Nie spodziewałem się, że zobaczę świat tak inny od tego, który znam. Tubylców nie poznasz z przewodnika. Jurek zapewnił wiele nieoczekiwanych i niemal bezcennych atrakcji/odczuć/refleksji/okazji do zdjęć. Spływy rzekami z urzekającymi widokami Kambodży i Laosu. Serdeczne podejście do otoczenia, które owocowało tym samym ze strony lokalnych mieszkańców. Realna bieda w małych wioskach zagubionych w górach, gdzie szczęście polega na tym by dzieci miały co jeść. Festiwal słoni i mieszkanie w domach lokalnej ludności. Zaproszenie (a może lekkie wproszenie :) ) na wiejski ślub w małej wiosce w górach. Lokalne przysmaki/rozrywki/dźwięki, tak inne od tych znanych w Europie. Pewnie też wiele innych wrażeń, które wypadły mi teraz z głowy.
    Tajlandia zostawiła u mnie spory niedosyt, który z pewnością nadrobię. To co zobaczyłem w Laosie i Kambodży było bardziej imponujące/interesujące od tego czego się spodziewałem. Polecam wyprawy z Jurkiem, gdyż w tym miejscowym chaosie znajdziesz diamenty które na
super-zorganizowanych” wycieczkach już ktoś zadeptał.
    Moje zdjęcia z tej wyprawy są pod adresem: http://picasaweb.google.com/rafal.szulc
    A tak swoją drogą znowu mam więcej wolnego czasu i gdybam nad kolejnymi wakacjami :) Z Jerzego propozycji Gruzja/Kamczatka/Ukraina jakoś tak interesująco wyglądają...:)

______________________________________________Rafał Szulc, England

CHINY :: część wschodnia, zaćmienie Słońca

    Byłem, widziałem, i polecam wyprawy z Jurkiem tym, którzy szukają prawdziwej przygody, a nie turnusu zza szybki autokaru. To właśnie takie wyprawy powinno się nazywać all-inclusive - bo tutaj faktycznie jest się tam, dokąd chciało się dotrzeć, a nie siedzi w jakimś hotelu, z grającą w tle durną muzyką i pseudo-pilotem nawołującym przez megafon do wspólnej zabawy nad basenem.

______________________________________________Tomasz Lech Czarnecki, Gliwice

    ARSOBOdni mijają, a ja wciąż myślami tkwię w Państwie Środka. To była moja trzecia wyprawa z Jurkiem i Arsoba Travel, kolejna niesamowita przygoda :) ale nie o tym, co widziałam będzie tu mowa, bo wszystko to można zobaczyć w mojej i wielu galeriach innych „zaćmieniowców” - wspomnieć natomiast trzeba o tym, jak podróżuje się z Arsoba Travel. Otóż FANTASTYCZNIE! Tramping w prawdziwym wydaniu! Jurek nie dość, że wszystko zorganizował na medal, to jeszcze zamówił nam piękną pogodę!
    Każdy z uczestników dostał doskonale przygotowany ARSOBOmapnik z mapami i schematami na każdy dzień – dzięki niemu wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy ;), wyprawowe koszulki „zaćmieniówki” z napisami po polsku, angielsku i chińsku - dzięki nim wiedzieliśmy i wszyscy wokół, że jednym z celów podróży jest pełne zaćmienie Słońca :), ARSOBOszmatki – dzięki nim mogliśmy ocierać pot z czoła, kiedy to okazywało się, że czas na wyprawach Jurka płynie inaczej, ARSOBOminuty i ARSOBOkilometry mają inny wymiar i musimy znacznie wydłużać kroki ;)
    I wszystko co wymarzone było: i zaćmienie obiecane było, i lot balonem (dla wszystkich z nas był to pierwszy raz!, i wioski ryżowe, i chiński mur, i góry żółte, i niesamowita noc pod gwiazdami, i kąpiel w oceanie ze świecącymi glonikami! Rewelacyjny kosmiczny gwiezdny pył! ;)
    Cóż… do zobaczenia w przyszłym roku gdzieś w świecie z Arsoba Travel :)

______________________________________________Asia Urban vel amorzysko, Szczecin

    Wyjazd zaplanowany z głową i poprowadzony z sercem - czego jeszcze można oczekiwać?
    Doskonały kontakt przed wyjazdem - w tym szczegółowe rady co zabrać, jak się przygotować, jakie szczepienia zrobić, jakie pieniądze wziąć, itd. Jurek wykazał się również dużą elastycznością co do logistyki - kilka osób dolatywało do Pekinu na własną rękę z innych krajów (w tym również ja). Właściwie całe formalności wyjazdowe i organizacyjne załatwiliśmy przez telefon i mailem.
    Ciekawa i dobrze pomyślana trasa - udało nam się zobaczyć wiele atrakcji w trakcie w sumie niezbyt długiej jak na taki duży kraj wyprawy. Fajnie zorganizowane pobyty (na ogół trzy, cztery noce w jednym miejscu) połączone z kilkoma długimi nocnymi przejazdami sypialnymi pociągami z jednej bazy do drugiej. Dla nieustraszonych, były nawet dwa nocowania pod gołym niebem, ale zawsze z dachem nad głową dla tych którzy wolą kołdrę i łóżko.
    Na mnie największe wrażenie zrobiło to, że Jurek zawsze się starał abyśmy jak najwięcej zobaczyli, dzieląc się tym co sam w Chinach widział i doświadczył. Kilkakrotnie nawet wyszedł poza to co było określone w umowie - wyprawa w ramach tej samej ceny została przedłużona o dwa dni, w jednym miejscu zrobiliśmy nieplanowane pół dnia turystyki, a raz w ramach niespodzianki zaangażował swoich osobistych przyjaciół w zorganizowanie dla nas fantastycznego wieczoru.
   Jurek sprawdził się pod każdym względem - zna miejscowe realia, dbał o grupę, radził sobie dobrze z ewentualnymi napięciami. Kiedy sytuacja wymagała jakiejś korekty planów, konsultował decyzję z uczestnikami. Poza tym, jak wspomniał już Kazik, zgrywał nam karty na swój dysk, woził ze sobą adapter i rozgałęźnik, po wyprawie zgrał zdjęcia i filmy i wysłał uczestnikom. Naprawdę pełen serwis, 200%.
    Na zakończenie, dwa słowa dla tych, którzy mają wątpliwości co do wyjazdów w grupie. Dla mnie to właśnie było źródłem pewnych obaw przed wyjazdem, bo na większość wyjazdów jeżdżę na własną rękę i lubię chodzić własnymi ścieżkami. Kiedy w trakcie wstępnej rozmowy podzieliłem się tym z Jurkiem, poradził żebym się zupełnie nie przejmował. Owszem, grupa przemieszcza się z miasta do miasta i kwateruje się razem, ale program „na miejscu” każdy ustala sobie tak jak chce. Jeśli ktoś chce jeździć z grupą to jak najbardziej, ale też każdy może sobie zrobić własny plan od A do Z, jeśli ma takie życzenie. I to się sprawdziło.
    Koniec konców, pełen szacunek i wielkie dzięki.

______________________________________________Paweł Kaźmierczyk, Kopenhaga

    Wyprawa byla rewelacyjnie przygotowana, dopięta w szczegółach, dużo niespodzianek, prezencików. Autor wyprawy wszechstronny, nie wyróżnia nikogo. Orientuje się w każdej sytuacji. Pozytywnie nastawiony i stąd pozytywny finał. Wszyscy zdrowi, uśmiechnięci.
    Pierwszy raz widziałem lidera wyprawy, który dba o wszystko: ładuje akumulatory, filmuje grupę, robi tysiące zdjęć grupy, zgrywa i wysyła płyty, zgrywa setki gigabajtów zdjęć i filmów z kart uczestników aby uwolnić im miejsce na kartach pamięci.
    Nie traci nigdy głowy w trudniejszych sytuacjach i pomaga w nich. Brak jakichkolwiek podejrzeń, że dodatkowo zarabia na grupie (z boku) w restauracjach, sklepach, gdzie jak często bywa uczestnicy wyprawy są celowo zaprowadzani aby lider miał dodatkowe prowizje. Kilkakrotnie miał okazję dodatkowo zarobić lecz zawsze pieniądze trafiały z powrotem do grupy.
    Sam kwaterował się do pokojów ostatni, tam gdzie już nikt nie chciał spać. BEZKONFLIKTOWY!!! Nosił w swoim plecaku zakupy niektórych ludzi, którym się one nie mieściły w ich plecaku. Pomagał w zakupach i to nie tylko pamiątek. Nie pił
na krzywego”. Często grupę częstował swoim alkoholem (wino ryżowe, szampany). Chętnie pomagał innym turystom i nie tylko Polakom.
PODZIWIAM!!! POLECAM!!!

______________________________________________Kazik Keller, Gryfino

    The trip was amazing and I am very pleased on how everything went. You had it planned out perfectly, the timing was great. I do not have any negative opinions at this time because all I could remember is the good times. Sorry if I'm writing in English but it is a lot easier for me and quicker.  You're a great organizer and I hope to see you on another trip in the near future.

______________________________________________Bart Keller, Missisauga Ontario - Kanada

ROSJA :: Ałtaj - zaćmienie Słońca - Bajkał

    Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale od dawna ciągnęło mnie na wschód, od długiego czasu fascynowała historia i bogactwo kultury ludów zamieszkujących tamte ziemie. W szczególny zaś sposób intrygowała, niepokoiła, zadziwiała Syberia – kraina naznaczona krwią i cierpieniem tysięcy Polaków, ogromne przestrzenie dzikiej, nie skażonej cywilizacją przestrzeni, gdzie rytm życia wyznacza bezwzględna natura.
    Liczne lektury (zwłaszcza książki pana Koperskiego czy Pałkiewicza) tylko pogłębiały tę fascynację, ale czytając dotąd o Syberii nawet nie śmiałam marzyć o podróży do tej krainy, wydawała się taka daleka, dostępna tylko dla wielkich podróżników…
    Pewnego razu w Klubie Turystów Pieszych „Wiercipięty” pojawili się Jurek z Igorem by opowiedzieć o swej wielotygodniowej podróży po dalekiej Rosji. Siedziałam „jak zaczarowana”… powalające zdjęcia, niesamowite krajobrazy, rzeczywistość tak inna od naszej, zabawne opowieści, ogromna otwartość mieszkańców tamtych ziem, ich zwyczaje… to były „moje klimaty”! Potem były kolejne pokazy w „Wiercipiętach”, podczas których Jurek bardzo naturalnie zarażał nas swoją pasją, więc kiedy poinformował, że organizuje otwartą, trampingową wyprawę na Syberię – od razu, od pierwszej chwili wiedziałam, „że jadę”! Nagle postawienie własnej nogi na tej surowej, dotąd niedostępnej ziemi stało się tak bardzo realne i bliskie! Chociaż wtedy nie było jeszcze dokładnego terminu, programu, kosztorysu a na koncie zero oszczędności – NIE MIAŁAM CIENIA WĄTPLIWOŚCI, ŻE JADĘ!
    Udało się pokonać trudności i wyruszyłam… Chłonęłam Rosję wszystkimi zmysłami, nie żałuję ani jednej chwili, co więcej, wiem na pewno, że tam powrócę…

______________________________________________Ula, Szczecin

    Wyprawa do Ałtaju była dla mnie pierwszą okazją, by głębiej zapuścić się na przepastne łono Matuszki.
    Syberia jest kwintesencją rosyjskiej gościnności, otwartości, bezpardonowej szczerości, niepokornej przekory, hardości, beztroskiego niedbalstwa i czupurnego ducha poweselałego dzięki spirytualiom wszelakim. Taka mieszanka bezapelacyjnie i ponad wszelką wątpliwość musi dostarczyć niezapomnianych wrażeń i skrajnych doznań. Tak i też było w naszym przypadku. Tego się spodziewałem, choć przyznaję, że w ostatecznym rozrachunku byłem mile zaskoczony ich ilością.
    Wspomnienia, które na trwałe wyryły się w mej pamięci, to:
1. Hipnotyczna podróż w oparach - przez niezmierzone połacie pól, lasów i wiosek złożonych z rozpadających się drewnianych chatek. Wszystko to w morowym towarzystwie współbiesiadników, czyli w skrócie:
polej transsyberyjska”;
2. Ruska Bania z Saszą w roli
zachłyśniętego” wykładowcy, z misją i witkami świeżych pokrzyw w dłoniach;
3. Kąpiel w czystym, bystrym strumieniu, w otoczeniu majestatycznych gór;
4. Miedowucha;
5. Szlachtowanie, oprawianie, pichcenie i delektowanie się baranem na ziemi niczyjej. Szczęśliwie czynny udział przypadł nam jedynie w tym ostatnim;
6. Bezmiar Ałtajskiego stepu;
7. Pełne zaćmienie Słońca i związany z tym równie pełen histeryczny szał;
8. Zepsuty autobus na środku miejsca, o którym mowa w pkt. 6;
9. Nowosybirsk, czyli najbardziej zapyziałe miasto świata.

______________________________________________Manayupa

    Ałtaj, Bajkał i zaćmienie słońca to były cele naszej podróży... dla mnie celem była przygoda, poczucie na własnej skórze tego, o czym od wielu lat opowiadał mi Jurek, tego czym mnie zaraża – podróżowanie.
    Trzy tygodnie wspaniałej przygody… a w mej pamięci utknęło:
    Kolej  transsyberyjska – organizacja transportu żelaznego zaskoczyła mnie totalnie! Pozytywnie naturalnie - wszystko na czas, nawet „sanitarna zona” czasem na nasze nieszczęście ;)
    Ruska bania – SPA we wschodniej odmianie ;) witki brzozowe w ruch, para buch! Po trudach dnia bania była spełnieniem marzeń.
    Czemał, miedowucha, zimna Czemałka – wspomnienia lekko zaburzone wspomnianą miedowuchą ;)
    Kosz-Agacz – zalana słońcem wioska, domy bez dachów, bo po co, skoro nie pada ;) meczet, bliny w karczmie, upał… a wokół….
    NIC…. bezkresne NIC - tak nazwałam Czujski Step, bo jego bezmiar, spokój i urok onieśmielił mnie i zaczarował, podobnie, jak pełne zaćmienie Słońca - naprawdę kosmiczne doznanie!
    Bajkał – dwa dni trekkingu deszczowym brzegiem dało nam w kość, ale było warto! Niesamowite widoki, przestrzeń, roślinność i ta cisza….
    Cele podróży osiągnięte, zaraza podróżowania zaszczepiona ;)

______________________________________________amorzysko, Choszczno

    Informację o przygotowywanej wyprawie, dostałem drogą mailową od wspólnej naszej (mojej i Jurka) znajomej mieszkającej w Australii. Pierwsza moja myśl była: JADĘ !!!
    W konsekwencji już po paru miesiącach siedziałem sobie w przemiłym towarzystwie w transsyberyjskim pociągu, podążającym ku przygodzie. Trzeba tu nadmienić, że prawie wszystkie formalności załatwiłem przez Internet (mieszkam w Norwegii).
    Sama podróż była pouczająca i bardzo długa! Rosja to wielki kraj: można tam spędzić miesiące i nie zobaczy się wszystkiego w okolicy. Zachwycały widoki, jakie obserwowałem, jadąc autobusem przez step. Koryta rzek nie meliorowane i przez to wody w nich są bardzo bystre.
    Podróż nieklimatyzowanym autobusem w tym upale jaki wtedy panował, nie należała do przyjemności. Przemierzaliśmy codziennie spore odległości. Rozumiem jednak pośpiech, spowodowany groźbą nie zdążenia na samo zaćmienie Słońca. Słoneczko nie poczekałoby na nas.
    Przejdę teraz do meritum... całkowite, złote zaćmienie Słońca. W końcu przebyliśmy kilka tysiecy kilometrów, by to cudo zobaczyć! Mimo, że trwało bardzo krótko, było niesamowite. Odniosłem  wrażenie, że uczestniczę w czymś ważnym, w czymś, co mimo wiedzy o zaćmieniu... to się w pale nie mieści !!!!
    Ktoś zapyta... po co jechać tyle km., żeby zobaczyć przez parę min. zaćmienie Słońca? Ja odpowiadam: a pojechałbyś na Ałtaj, jak by miał tam zagrać Led Zeppelin? W obu przypadkach, zdarza się to niezwykle rzadko (Zeppelini nawet rzadziej.. haha!).
    To było ukoronowanie naszej wędrówki. Cała wyprawa była przeprowadzona ze znajomością panujących tam realiów. Czasami po prostu zawodził tzw. czynnik ludzki.
    Ludzie w Rosji - jak wszędzie, gdzie poczują łatwą kasę od turysty. Na ogół spotykaliśmy się z życzliwością a nawet podziwem.
    Reasumując... wyprawa trampingowa, na którą się wybrałem, była udana. Mimo braku przenośnego WC, klimatyzacji w namiotach i całodobowego dostępu do Internetu ;) Na pewno wybiorę się jeszcze raz na podobną wędrówkę. Polecam gorąco Arsobatravel.

______________________________________________Ireneusz (Siergiej) Moskwa - nomen omen, Oslo

    O wyprawie dowiedziałem się w marcu 2008 roku. Po zapoznaniu się z programem postanowiłem skontaktować się z organizatorem, Jerzym Arsoba. Spotkanie z tym człowiekiem dało mi poczucie, że marzenia mogą się spełnić. Od dziecka marzyłem o wyjeździe na Syberię, o podróży koleją transsyberyjską i o kąpieli w jeziorze Bajkał. Zawsze też chciałem na własne oczy zobaczyć całkowite zaćmienie Słońca. Zdecydowałem, że wezmę udział w tej bardzo ciekawie zapowiadającej się wyprawę. I nie pomyliłem się.
    Już na początku wyjazdu poznałem ludzi, którzy niejedno widzieli. Okazali się prawdziwą skarbnicą wiedzy i chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami. Wśród nas były osoby, które przepłynęły kajakiem Bałtyk, objechali już dwa razy kulę ziemską, uprawiali trekking w Himalajach, zwiedzili Indie, czy marzą o tym aby uczyć języka angielskiego dzieci na Filipinach.
    Podróż koleją transsyberyjską była pełna wrażeń. Przemierzając tysiące kilometrów poznawaliśmy współpasażerów, graliśmy na gitarach, czytaliśmy książki, podziwialiśmy krajobrazy i prowadziliśmy długie, integrujące rozmowy.
    Odwiedziliśmy fascynujące miejsca, takie jak twierdza brzeska, Kreml, Arbat, Teatr Opery i Baletu w Nowosybirsku, drewniane domy w Irkucku i innych miejscowościach w dalekiej Rosji, naskalne malowidła sporządzone około 5000 lat temu oraz przepiękne jezioro Bajkał. Stanęliśmy na umownej granicy Europy i Azji. Poznaliśmy warunki życia w azjatyckiej części Rosji i doświadczyliśmy wspaniałej gościnności oraz serdeczności mieszkańców, którzy nas przyjmowali wszystkim co tylko mieli. Kultura Ałtaju okazała się być starą, głęboką i interesującą.
    Punktem kulminacyjnym wyprawy było przecudowne zjawisko, jakim jest zaćmienie Słońca. Obserwowaliśmy je w południowej części Republiki Ałtaj, a dokładnie na Czujskim Stepie. Podczas poszczególnych faz zaćmienia napięcie rosło z każdą minutą i osiągnęło swoje apogeum w momencie, kiedy tarcza słoneczna została całkowicie zakryta przez Księżyc. Trwało to około 2,5 minuty. Wówczas zapanował półmrok, a wśród obserwujących to zjawisko całkowita euforia. Dla czytających niniejszy opis relacja ta może wydać się nazbyt skąpa, jednak nie da się tak po prostu opisać w słowach wrażeń towarzyszących obserwacji pełnego zaćmienia Słońca. To należy zobaczyć na własne oczy i dopiero wtedy tak naprawdę można poczuć emocje z tym związane. Radość była przeogromna, a na pamiątkę oprócz zdjęć pozostały niezatarte wrażenia.
    Następnie udaliśmy się nad największy na świecie zbiornik słodkiej wody – jezioro Bajkał, zwane morzem Syberii. Trzy dni wędrowaliśmy jego brzegiem, poznając przy tym fascynującą przyrodę, spaliśmy na polu namiotowym przy polskiej bazie „Wilimówka” i płynęliśmy po jeziorze wodolotem. Zwiedzaliśmy także muzeum Bajkału w Listwiance. Urządzono tam akwarium, w którym można oglądać rzadkie, endemiczne okazy bajkalskiej fauny, takie jak ryba Omul czy foka Nerpa. W muzeum jest także popiersie znanego polskiego naukowca Jana Czerskiego, który zesłany na Syberię w XIX wieku był badaczem Bajkału i jego okolic. Najbardziej cieszy mnie to, że znalazł się czas na spełnienie jednego z moich marzeń – kąpiel w Bajkale.
    Po powrocie często wspominam tę wyprawę - była to naprawdę świetna przygoda, która przyniosła mi wiele korzyści i doświadczeń. I choć było kilka niedociągnięć organizacyjnych oraz niespodzianek wynikłych z niezależnych przyczyn, to zdaję sobie sprawę jak ciężko jest zrealizować tak ogromne przedsięwzięcie dla ponad trzydziestu osób. Jeśli będę miał możliwość, to chętnie wybiorę się na następną wyprawę organizowaną przez Jerzego.

______________________________________________Krzysztof Marciszewski

UKRAINA :: Wołyń, Podole

    Ukraina (Podole): kraj, w którym z odrobiną wyobraźni można wczuć się w klimaty naszych przodków - zwiedzając stare, zapomniane polskie cmentarze i kościoły (a właściwie ich pozostałości..). Wielkie miejsca z wielką historią, emanujące tajemniczością. Serdeczność, ciepło ukraińskich ludzi - nieskażonych komercją, snobizmem, powierzchownością - promieniuje na długo we wspomnieniach. Uroku i magii tamtych okolic nie odzwierciedlą żadne słowa. I LOVE UKRAINA! ;)

______________________________________________Magdalena Płóciennik, Kalisz Pomorski

    WRAŻENIA ogólnie niesamowite. Czas podróży, środki transportu, granica, toalety publiczne - przeżycia w pełni surrealistyczne, a momentami wręcz trauma totalna. Ale warto się przemęczyć, żeby zobaczyć absolutnie przepiękne widoki (eeeech, Chocim muszę jeszcze raz zobaczyć!), poznać bezinteresownie życzliwych ludzi i obyczaje nieskażone jeszcze amerykańską tandetą. Standardy dalekie od europejskich, ale na ogół w tym pozytywnym aspekcie. Wypoczynek rewelacyjny, choć lepiej nie liczyć na wczasy odchudzające, bo na garnuszku u Hali po prostu nie da się nie przytyć :-))))
Serdecznie polecam!

______________________________________________Magdalena Iwona Jankowska ;-)), Szczecin

    Samą podróż w tamtą stronę można już uznać za dość specyficzną atrakcję naszej wycieczki. Szybko się okazało, że pociąg, który na pierwszy rzut oka wydawał się maksymalnie przepełniony, był jednak w niektórych miejscach zupełnie pusty! Napój chmielowy, który był nieodłącznym towarzyszem naszej podróży, w pewnym momencie zaczął nas opuszczać...! A mógł to zrobić tylko w jednym, tym właśnie wolnym od podróżujących, miejscu. Niestety nie była to toaleta! Od Poznania zaadoptowała ją grupa studentów Polibudy, więc nie pozostawiając nam wyboru pożegnanie z chmielem dokonaliśmy w śluzie między wagonami. Ku naszemu nieoczekiwanemu zdziwieniu, w ślad zaraz za nami poszły czerwone od wstrzemięźliwości nerkowej matki z dziećmi oraz babuszki.
    W Krakowie pociąg mógł wreszcie odsapnąć, ponieważ zrzucił 1/3 nadwagi, a my w miarę cywilizowanych warunkach, delektowaliśmy się dalszą częścią przemiłej podróży. Godzinne opóźnienie na mecie, czyli w Przemyślu, implikowało pewne zmiany naszego z góry ustalonego planu. Zamiast dostać się bezpośrednio do Tarnopola, rozbiliśmy to na kilka bardziej złożonych etapów naszej migracji.
    Przemyśl - Medyka: busem (w cenie 2 zł). Pieszo przez granicę (podziwiając pomysłowość i drobnomieszczaństwo okolicznych mrówek), a następnie marszrutką do Lwowa, skąd rzutem na taśmę złapaliśmy ostatni w tym dniu autobus do Czortkowa. Drobna uwaga dla tych, którzy pojadą tam po raz pierwszy: Jeśli okaże się, że wszystkie bilety zostały już wyprzedane, nie należy się tym przejmować, tylko śmiało wejść do autobusu i czekać, aż podejdzie do nas woditiel (kierowca) i otrzyma od nas skromną opłatę za przewóz (z reguły 5-10hr, mniej niż cena biletu). Z Czortkowa do Iwane-Puste, które było głównym celem naszej podróży, dostaliśmy się za pomocą taksówki (Łada Samara oczywiście). I tu w tej wioseczce miał miejsce przebieg mniej, a czasem bardziej oczekiwanych wydarzeń.
    Ukraińska gościnność i moja niewytrenowana głowa spowodowały, że bardziej szczegółowe relacje z tego wyjazdu opiszą Asia i Magda. Towarzyszki podróży, które w sytuacjach kryzysowych z matczyną opieką układały nas do snu. Na podstawie zdjęć, zrobionych głównie przez Jurka, najlepszego fotografa po prawej stronie Odry, głównego inspiratora przecudnej wycieczki, mogę utwierdzić się w przekonaniu o dobrze spędzonym weekendzie majowym. Analizując te zdjęcia, wracają do mej pamięci urywki filmu, który rozpoczął się w momencie otwarcia pierwszego kapsla BIMBROZJI Wasyla. O tym jak piękne są tam tereny, oraz jak wiele jest tam egzotycznych dla nas Polaków atrakcji, można przekonać się oglądając zdjęcia. Po siedmiu dniach sytej gościnności, z żalem rozstaliśmy się z ukraińskimi przyjaciółmi: Iwanem, Halią, Iwankiem, Slavkiem, Wołodią, Wasylem, Orysą, Tarasem, Liudą, Andriejem i wieloma, wieloma innymi ludźmi, których gościnności nie da się przelać na papier.

______________________________________________Adam, Krzyż Wlkp.

    Zachodnia Ukraina – romantyczna, słowiańska dusza, pełna nostalgii i ckliwych pieśni, zaklęta w tęsknotę, do której prawdziwych źródeł nie sposób zrazu dotrzeć, a krąży wpisana tak naturalnie w koloryt kraju nad Zbruczem, Dniestrem i Smotryczem i nocą kołysze do snu, a w dzień lekko drzemie czekając na impuls, który ją obudzi. Tym impulsem często są wspomnienia. Te wyciskające łzy z oczu o wysiedleniach, tułaczce, czyjejś śmierci i osamotnieniu w biedzie czy te radośniejsze o pobycie w wojsku, o czasach beztroskiej młodości, ukraińskich dawnych zwyczajach, zawarte też w pieśniach, śpiewanych do późnej ostatniej nocy na roziskrzonym blaskiem ogniska podwórzu. Aż sąsiedzi wyglądali z zaciekawieniem, a i z zazdrością zza płotu.
    Kto przemierzał Ukrainę, choćby jej skrawek wie, jak co chwila podryguje autobus na dziurawych jak ser drogach, jak zapełnia się do ostatniego stojącego miejsca, nawet jak na pierwszy rzut oka go już nie ma, wie, że nie istnieje żaden rozkład jazdy, autobus odjeżdża wtedy, gdy miejsca są zapełnione, a tak czeka, wzdycha, niecierpliwie cmoka, ale czeka, bo pojęcie czasu jest tam względne. Zaraz może oznaczać chwilę, ale może też znaczyć kilka spędzonych w oczekiwaniu, natrętnie ciągnących się godzin. Niezapomnianym, choć krótkim przeżyciem była podróż tzw. plackartą, gdzie w wagonach nie podzielonych na przedziały obok siebie rozmieszczone są rozkładane ze stolika łóżka i jeśli ktoś chce dobrze poznać mieszkańców i kulturę kraju to warto sobie taką przejażdżkę zafundować, znikają wtedy wszelkie możliwe bariery, a na końcu wagonu na podróżujących czeka samowar z gorącą wodą na wypadek, gdyby ktoś chciał zaparzyć sobie herbatę bądź kawę.
    Mieszkaliśmy w dużej wiosce, jak nieraz mi się wydawało na krańcu świata – Iwane Puste. Tam sędziwy staruszek czas naprawdę się zatrzymał, może znudzony albo zmęczony nieustannym bieganiem po zachodniej Europie, która żyje pospiesznie między śniadaniem, lunchem i kolacją połykanymi naprędce, z drżeniem, ze strachem wpatrzona w tykanie zegara, który odmierza czas jak szalony. U Haliny i Iwana, którzy obdarowywali nas każdego dnia wszystkim, co mieli najcenniejsze: życzliwością, gościnnością, anegdotami podczas spędzanych wspólnie przy stole i napitkach wieczorów i przepyszną, choć ciężkostrawną kuchnią, w której prym wiódł barszcz ukraiński przyrządzany na różne sposoby i pierożki, a nierzadko pichcili coś na nasze zamówienie i ze zdumieniem odnajdywało się zupełnie inny smak niż w Polsce. Najprzyjemniejszym miejscem w całym domu była kuchnia pełna zapachów, kolorów, smaków naturalnych produktów, gdzie od rozgrzanego w łazience pieca i gotowanych potraw biło cudowne ciepło i można było spróbować wafli z powidłami z czarnej porzeczki czy napić mleka prosto od kozy, spróbować kompotu z truskawek. Ten gościnny dom to była baza do wspólnych wypadów z naszym przewodnikiem Jurkiem do Jaskini Kryształowej, ręcznym promem nad Dniestr, na malownicze zamki w Chocimiu, Kamieńcu Podolskim, Kudryńcach i Czarnokozińcach, skąd rozciągały się przepiękne panoramy i można było nasycić oczy ich sielskim charakterem i dalej do wiosek umoszczonych wzdłuż szemrzących i wijących się jak wstęgi rzek Smotrycz i Zbrucz, gdzie schodząc z zamkowego wzniesienia na dół i skręcając w boczne dróżki można było napotkać prawdziwe perełki rozkładu, chybotliwe mosty, które kołysało się do upadłego, aż dziewczyny piszczały przerażone wizją nieoczekiwanej kąpieli, porośnięte bluszczem chaty o nagich kątach i spróchniałych deskach, gospodarstwa, gdzie z rozbrajającym uśmiechem częstowano nas samogonem, winem domowej roboty, o piwnicach, których głębia kryła same smakowite bogactwa ukraińskiej ziemi i ponurych ścianach zdobionych zdjęciami Julii Tymoszenko.
    Noce były tak gwiaździste, że miało się wrażenie, że ogromne gwiazdy zaraz spadną na głowę, wracając o zmierzchu do domu poszukiwało się na niebie wielkiego i małego wozu, poranki chłodne, oszronione, jakby ktoś pociągnięciem pędzla umoczonego w białej farbie malował po wysokich, kładących się kępach traw, badylach kukurydzy, gałęziach drzew, dachach ukraińskich ład. W dzień za to świeciło zazwyczaj słońce, a w jego promieniach Ukraina piękniała, wypogadzała swoje tęskne oblicze. Chłonęłam te niesamowite widoki pełne zamków, ruin, wzgórz, wtapiałam się otwartymi szeroko oczami w siwe, kare i gniade grzbiety koni ciągnących bryczki po rozwalonych wioskowych drogach, gdzie co chwila na spotkanie wychodziły psy, koty, i całe dobrodziejstwo inwentarza: sznury gęsi, kur i indyków, czasem kozy, owce. Napotkani ludzie zbierający chrust czy wiążący snopki przyglądali nam się z życzliwym uśmiechem, zaciekawieniem, nierzadko podchodząc i częstując wódką albo zapraszając na poczęstunek i nocleg.
    Odwiedzając zapomniane cmentarze z odrapanymi, pochylonymi niebieskimi krzyżami bez nazwisk, gdzie pośród uroku zapomnienia owocowały jabłonie i rosły owoce czarnego bzu, polskie zapadłe kościoły z poniewierającymi się butelkami, niedopałkami papierosów, wybitymi szybami, upstrzone gęsto napisami, zimne, nieprzyjemne, smutne zdawałam sobie sprawę z ulotności chwili.
    Zachwycało mnie niemal wszystko, snopki na malowniczych polach, urocze widoczki rozciągające się z rajskich pagórków, socrealistyczne wioski z wymalowanymi jak matrioszki przystankami, w których czas się zatrzymał i miś z Olimpiady w Moskwie zaszczytnie witał zagubionych w czasie i przestrzeni turystów, zdobyczne twierdze, ruiny, prostota idąca w parze z duchowym bogactwem tych ludzi, którzy niejedno w życiu przeszli, a mimo to potrafili wyjść z godnym podziwu uśmiechem naprzeciw siermiężnej rzeczywistości, nawet z trudem skrywana hardość i spryt przewoźnika, który zabrał nas prawie siłą autobusem z Przemyśla do Tarnopola. Wszechobecne studzienki i kapliczki maryjne, a każda zdawała się inna, kolorowe, kwieciste chusty pod którymi mężatki skrywały twarze na prawosławnej mszy, choć dziś już obecne coraz rzadziej. Ukraińskie ludowe stroje, które mogłam przymierzyć podczas jednego z tych długich, magicznych wieczorów, gdy rozmawiało się o wszystkim i o niczym.
    Była to kraina zielona, która z każdym dniem nabierała rumieńców, wdziewała pospiesznie żółte i pomarańczowe szaty niczym stęskniona narzeczona na przyjazd ukochanego, brązowiała, mieniła się najróżniejszymi odcieniami czerwieni, opadała gęsto liściem, zbieranym potem przez miejscowych do wielkich worków, by ogrzać domostwa. Kraina o urodzajnej ziemi, która rodziła drzewa pięknej kaliny, bogactwo warzyw i owoców, o ludziach życzliwych, a biednych, którzy podzieliliby się tym, co mieli ostatniego, najuboższego, a z ich zmęczonych życiem twarzy nie schodził łagodny, życzliwy uśmiech. Chaty ich domostw były przeważnie biedne, z chybotliwymi płotami malowanymi w żółte kwiaty na niebieskim tle, ale za to w wiosce można było spotkać przepysznie zdobione cerkwie, wewnątrz których blask uderzał po oczach i nie wiadomo było, co bardziej podziwiać czy niesamowite ołtarze, czy zdobione malowane najwymyślniej sufity czy przepiękne obrazy.

______________________________________________Elwira, Gryfino

OMAN :: kraj piękny, gościnny i nieodkryty

     Pierwsza myśl kiedy rewiduję swoją wiedzę na temat Omanu sprzed wyjazdu? Hm..to chyba jedyne państwo, które zaczyna się na literę 'O'...Po 14 dniach mój sposób postrzegania tego kraju diametralnie się zmienił. Dzięki elastycznemu i intensywnemu planowi mieliśmy możliwość zapoznania się z lokalną kulturą, przesiąknięcia zwyczajami i nawykami mieszkańców tego pustynnego terenu, zwiedzenia mniej i bardziej znanych atrakcji, jak również wypocząć w iście omańskim stylu-na dziewiczych plażach lazurowego Oceanu Indyjskiego delektując się smakiem shishy i gęstych koktajlów o zachodzie słońca. Pan Jurek z niesamowitym polotem opracował program pod nasze potrzeby, nie pomijając naszych najdziwniejszych nawet próśb i uwag. Pisany przeze mnie na bieżąco dziennik ma ponad 100 zapisanych stron, co niewątpliwie może być dowodem na mnogość atrakcji i przygód podczas wyprawy. Posiłek w rodzinie omańskiej, noce na pustyni, całodzienny treking po górach - to tylko część niespodzianek jakimi zostaliśmy uraczeni. Niestety wyjazdy z Arsoba Travel mają jedną zasadniczą i niepodważalną wadę. Używany przez Jurka i spółkę czasospowalniacz nie działa najlepiej i nawet najdłuższa podróż mija szybko jak randka z piękną dziewczyną.

___________________________________________Piotrek, Stargard Szczeciński

    Pomysł wyjazdu do Omanu pojawił się nagle. Od samego początku jednak to „nienamacalne coś” ciągnęło mnie żeby tam pojechać. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że ani przez chwilę nie żałowałem tej decyzji. Kraj, o którym nie myśli się planując wakacje, lub rozmawiając ze znajomymi o wymarzonych miejscach na wyjazd, okazał się jednym z najciekawszych miejsc jakie w życiu udało mi się zobaczyć. Przede wszystkim wrażenie robi ogrom wytworów natury. Góry, kaniony, ocean towarzyszą dosłownie przez cały czas podróży po Omanie i wciąż przypominają, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem naszego świata. Przez cały ten czas miałem wrażenie obcowania sam na sam z naturą - dziką, surową i nietkniętą przez człowieka. Nie ma tłumów turystów, ba powiedziałbym nawet, że w ogóle nie ma turystów, dzięki czemu nie ma też „turystycznej tandety”, która skutecznie psuje wrażenia w wielu innych częściach świata. Oman jest jednym z takich miejsc, które jeszcze bronią się przed zalewem ludzi z aparatami i zdaje się nie przejmować światem, który ciągle biegnie do przodu. Tutaj miałem możliwość przyjrzenia się z bliska jak wygląda miejsce, w którym czas się zatrzymał, wszystko emanuje spokojem i oszałamiającym pięknem.

___________________________________________Bartek, Warszawa